poniedziałek, 15 czerwca 2015

Andy Warhol, Bacchus i bociany

Hurrra kilka dni temu mój blog dołączył do innych na nowej platformie blogowej. Radość i euforia mieszają się z lekką konsternacją bo ostatni wpis miał premierę w maju. Nie jest to powodowane nagłą chęcią zaprzestania owej blogowej działalności – nigdy w życiu J
Na tym polu nie powiedziałam jeszcze ostatniego zdania i ciągle mam jakieś nowe pomysły. Ile z nich uda mi się wcielić w życie czas pokaże. Tymczasem mogę śmiało powiedzieć, ze tę dość długą przerwę spowodowało czyste lenistwo. Zbyt szczera jestem? Być może, ale co tam skoro to prawda hahaha. Mój organizm w pewnym momencie zaczął domagać się paru dni wolnych od pracy, od domu, od miejsca w którym mieszkam.. Krótko mówiąc: od wszystkiego. No i doczekał się wreszcie stąd właśnie dzisiejszy wpis będący zapisem wrażeń z krótkiego wyjazdu na Węgry. Podzieliłam tę wycieczkę na dwie części, aby było ciekawiej.

Nie wiem czy to tylko ja tak mam, ale kiedy zaczynam się przygotowywać do wyjazdu samoczynnie włącza mi się RESET. Już na etapie prasowania i pakowania myślami jestem w miejscu docelowym planując co tam będę robić. Pełne wyłączenie się następuje po przekroczeniu granic w tym przypadku słowacko polskiej. Miejsce gdzie przekraczam granicę to Bieszczady. Panuje tu taki spokój, że mam ochotę zatrzymać samochód i pójść na spacer by upajać się tą ciszą i zupełnie innym powietrzem. Nigdy tego nie zrobiłam bo jednak droga do miejsca docelowego długa i kręta więc i czasu brak na takie rozrywki. Kiedyś jednak to zrobię naprawdę – spacer po słowackim lesie gdzieś w górach J
Wrócę jednak do tematu wpisu, albowiem droga ta prowadzi mnie do pierwszego punktu na mapie wycieczki. Mała zagadka: kto jest autorem najbardziej znanych pop-artowskich obrazów w kolorach fluo? Ta sama osoba jest pomysłodawcą etykiety puszek z zupą Campbella. Mowa oczywiście o Andym Warholu i jego pracach. Na Słowacji tzw. rzut beretem od polskiej granicy jest jego muzeum. Byłam tu drugi raz, ale podoba mi się tak bardzo, że przy następnej sposobności zawitam po raz trzeci :D
Co może być ciekawego w małym sennym miasteczku Miedzialborce i chyba jedynym muzeum jakie ono ma? Sama postać Andy’ego Warhola działa jak najsilniejszy magnes i przyciąga już z ulicy. To właśnie przy niej stoją dwa wielkie słupy symbolizujące słynne puszki Campbella. Żartobliwym ujęciem tematu jest puszka trzecia, która skrywa w sobie wiatę przystanku autobusowego. Nie mogłam sobie odmówić zdjęcia z wnętrza owej wiaty i przejść obok niej zupełnie obojętnie.
Zapuszkowana

W środku muzeum czekają na zwiedzających dwa piętra poświęcone artyście, gdzie zobaczyć można kilka jego osobistych rzeczy (okulary i walkman to już w zasadzie rzeczy kultowe), ubrań (za kurtkę z gadziej skóry dałabym się pokroić) i oczywiście jego prace. Lubię to muzeum jeszcze z jednego powodu: tak naprawdę zwiedza się je samemu, bez tłumów i bez pracownika patrzącego nam podejrzliwie na ręce. Polecam każdemu kto lubi takie nietuzinkowe miejsca - na pewno się nie zawiedziecie
"Selfie" z Andym - nie wiem kiedy spotkamy się ponownie :-)

Po rozprostowaniu nóg w towarzystwie Andy’ego nadszedł czas by jechać w dalszą drogę – przecież Węgry czekają. Bocznymi drogami Słowacji Wschodniej dojechaliśmy do granicy słowacko węgierskiej mijając po drodze region słowackiego Tokaju. Tutaj znów nawigacja poprowadzila nas drogami wąskimi jak przecinek do miejscowości Sarospatak.
Gdzieś w pobliżu zamku w Sarospatak
Znajduje się tu pięknie odrestaurowany zamek z murami obronnymi, gdzie natrafiliśmy na średniowieczny dzień pełen kiermaszy, inscenizacji walk i innych atrakcji. Mnie przypadło do gustu niewielkie osiedle bloków wyglądających tak jakby je zbudował sam Gaudi. 
Osiedle w Sarospatak - przyznacie, że ma coś wspólnego z Barceloną i Gaudim?

Oczywiście nie są one tak dziwaczne jak budynki w Barcelonie, niemniej uwierzcie mi, ze w takim malutkim mieście jak Sarospatak robią naprawdę spore wrażenie. Do Tokaju, który był ostatecznym punktem tego dnia dojechaliśmy drogą wijącą się tuż nad rzeką Bodrog. Rzeka ta przepływa przez Tokaj po czym malowniczym ujściem wpada prosto w objęcia Cisy. To ujście dwóch rzek warto zobaczyć z wysokości czyli punktu widokowego znajdującego się tuż obok Starowki. Widać stąd nie tylko obydwie rzeki, ale dużą część okolicy niebywale malowniczej o każdej porze roku jak się domyślam.
Ujście rzeki Bodrog wpadającej prosto w ramiona Cisy
Lubię przyciągać wzrok - kolorami :-) 

Tokaj wysłał nam na powitanie swoich latających mieszkańców. Czy wiecie kto czuje się jak w niebie w tych okolicach , że aż roi się od jego pobratymców? To nasze swojskie boćki, które tu są niemal na każdej łące, polu a nawet na wszelkich lampach i słupach w samym mieście. Zanim wjechaliśmy do miasteczka dojrzeliśmy kilka z nich na łące i mąż postanowił zrobić im zdjęcie. Okazało się, ze boćki mają poczucie humoru bo zamiast dać się sfotografować hopsały po tej łące a mój szanowny małżonek wraz z nimi. Hopso-pląsy trwały przez kilka minut a ja żałowałam, ze nie mam kamery – byłby to hit w internetach !
Bociek - sfotografowany tuż przed hopso-pląsami 

Rodzina bocianów była naszymi sąsiadami także w hotelu albowiem z balkonu mieliśmy widok na ich gniazdo. Było tak blisko, że całkiem dobrze je widzieliśmy a także słyszeliśmy – polubiłam ich klekot tuż nad ranem. To znacznie przyjemniejszy odgłos niż hałas z ulicy lub wycie karetek.
Sam Tokaj jest malutki do przejścia w kilka minut. Przy głównej uliczce starówki jest kilka sklepów z winami a między nimi kilka knajpek. Tak dochodzi się do małego rynku z kościołem i słynna tokajską piwnicą przed którą ustwiono pomnik Bacchusa popijacego ów trunek. 
Radosny Bacchus - takie rzeczy tylko w Tokaju

Tokaj nocą
Widok z okna hotelu w Tokaju

Wokół rynku jest kilka małych uliczek gdzie znów trafiliśmy niespodziewanie na bociana. 
Widzieliście kiedykolwiek bociana na straży? 

Na małym skrzyżowaniu siedział on na ulicznej lampie niczym kierujący ruchem gdy siada sygnalizacja świetna. Wyglądał tak jakby mówił: spokojnie ja tu pilnuję i czuwam.  I choć wyglądał komicznie to jednocześnie mocno abstrakcyjnie – chyba przez tą lampę miałam takie uczucia :D
Dzień zakończyliśmy nad Cisą gdzie jest bulwar i kilka knajpek z widokiem na leniwie płynącą rzekę.  Rano zaś obudził nas klekot boćków niejako sygnał, że czas nam w drogę – kierunek Eger. Bywajcie !


poniedziałek, 18 maja 2015

Parasolkowy przedmiot pożądania



Za oknem piękna słoneczna pogoda, wokół zielono a gdzieś z pobliskiego bzu roznosi się na okolicę donośny świergot ptaków – piękna aura skłania do planowania urlopu, który tuż tuż.
Niebawem ulice znów zaczną cieszyć oczy feerią kolorów na ubraniach i dodatkach a co odważniejsze dziewczyny niczym elegantki z dawnych lat przywrócą do łask letnie kapelusze. I choć lato na przestrzeni czasu  było motorem do stworzenia wielu ciekawych dodatków na jakie my maniaczki vintage dzisiaj tak ochoczo polujemy to jest taki jeden, który dzisiaj widuje się już chyba tylko na starych fotografiach i reklamach sprzed lat.  Tym dodatkiem nieco już zapomnianym a przydającym elegancji i wdzięku jest parasolka chroniąca przed słońcem. Same przyznacie, że dzisiaj już się ich nie widzi? Sama nie wyobrażam sobie letniego stroju bez typowo letniej torebki najchętniej w postaci koszyka lub kuferka. Rafia, bambus czy słomka to najbardziej letnie materiały na podręczą torebkę jakie tylko mogą być. Kapelusza letniego nie posiadam i nie wiem czy gdybym go miała wyszłabym w nim na ulicę – brak mi pewnej śmiałości mimo wszystko. Jednak parasolka to zupełnie inny temat tym bardziej kiedy na ulicach widuje się je wyłącznie przy dziecięcych bolidach a nie jako dodatek do szykownego kobiecego stroju hahhaha
Moja pasja trwa już kilka ładnych lat i jest to czas kiedy stałam się właścicielką wielu ciekawych dodatków z lat 60 i wcześniejszych.  Jednak za najciekawsze uważam dwie letnie parasolki bo nie dość, ze już wiekowe i jak na swoje lata doskonale zachowane to na dodatek zupełnie już unikatowe.

Tak jak napisałam posiadam dwie parasolki chroniące przed słońcem i obie mają już grubo ponad pół wieku. Mimo to nadal zachwycają wykonaniem i subtelnymi detalami a przede wszystkim wyglądem kiedy się je otworzy.
Pierwsza z nich to parasolka z lat 40 kupiona swego czasu w niezawodnym Retro Clubie. Ma ona rączkę  z tworzywa lucite i wykonana jest  z rayonu w kolorze wiśniowo-bordowym. Na jednym z drutów widać informacje o firmie która ją wyprodukowała (wyrób produkcji angielskiej)  Zważywszy na jej zacny wiek uważam, że jest w doskonałym stanie
Retro Club - parasolka z lat 40

Uchwyt z tworzywa lucite











 


















Druga to mój ostatni nabytek z vintage sklepu i wg mnie jest to rzecz lat 20/30. Ma nietypowy kształt ponieważ po rozłożeniu jest całkowicie płaska. Wykonana z jedwabiu lub rayonu (trudno mi to jednoznacznie określić) ma rączkę drewnianą i takiż uchwyt malowany ręcznie w kwiatowy wzór. Parasolka no name choć w stanie idealnym ilekolwiek lat ma.
 Parasolka lata 20/30 pochodząca z Vintage Sklepu


 Kilka dni na stronie Muzeum Włókiennictwa w Łodzi w zakładce „wystawy czasowe” znalazłam bardzo podobny egzemplarz do mojej. Widoczna na zdjęciu parasolka także jest płaska po rozłożeniu i stosunkowo mała – Muzeum datuje ją na rok 1923 i myślę, że ów subtelny dodatek, który obecnie spoczywa w mojej szafie jest w zbliżonym wieku.

Na koniec dodaję zdjęcie jeszcze jednej parasolki, która jest i egzotyczna i nie taka znów no name.
Jest to współczesny parasol o wszechstronnym zastosowaniu tak na deszcz jak i na słońce. Można powiedzieć, ze "wyszła" spod ręki japońskiego projektanta Keita Maryuama – zainteresowanych odsyłam na jego stronę (nie zrażajcie się japońskimi znakami – zdjęcia mówią dużo więcej)

Keita Maryuama Umbrella

Pozostając w temacie na koniec muzyczna pocztówka – dzisiaj piosenka niezapomnianej Marii Koterbskiej „Parasolki”



czwartek, 30 kwietnia 2015

W rytmie charlestona



Zatańczyć charlestona? Przejechać się oldsmobilem z „zawrotną” prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę? Zjeść kolację w stylowej restauracji z kelnerami w liberiach? Wniknąć w środowisko Flapper Girls?
Która z nas choć raz nie chciała przenieść się w lata 20/30 by chociaż na chwilkę poczuć ten klimat? Mnie co jakiś czas nachodzi myśl by poszukać imprezy w takim stylu i przez jeden wieczór upodobnić się do flapper girl.
O taką tematyczną imprezę w miejscu, które przywołuje klimat lat 20 czy 30 wcale nie łatwo. Jestem wybredna i marzę o imprezie, która wolna jest choć by od jednego zgrzytu. Może nim być nietrafione miejsce i klimat pryska..  Brak tematycznej imprezki w rytmie charlestona nie jest przeszkodą w poszukiwaniu ubrań i dodatków z tych czasów. I choć nie mam charakterystycznej sukienki z obniżoną talią to w mojej szafie można znaleźć inne rzeczy jakie wtedy noszono.

Wisienką na torcie dzisiejszego postu jest niewątpliwie piękne kimono z lat 30 – prawdziwy unikat dzisiaj trudno dostępny zwłaszcza w naszych polskich sklepach. To jakie dzisiaj pokazuję pochodzi z butiku Retro Club
Moja wisienka - piękne kimono ręcznie szyte
Kimono jest z malowanego dwustronnie jedwabiu. Ciekawostką jest ręczne szycie (nie wiem czy zdjęcia oddają detale samego zszywania poszczególnych części materiału?). 

Próba pokazania ręcznego szycia - nie do końca udana :-)

































Roślinny motyw plus kawałek wewnętrznej strony, która jest kolorze pudrowego różu a nie pomarańczy co sugeruje zdjęcie
Piękna rzecz, która idealnie oddaje klimat buduaru lat 30 – gdybym miała toaletkę z lustrem z odpowiednio ułożonymi włosami mogłabym na chwilę upodobnić się do kobiet z tych czasów. Ba! Do wielkich gwiazd, które często oglądam właśnie w takiej scenerii. Wszystko przede mną i skoro mam kimono to i taką scenkę zaaranżuję .

Drugą rzeczą wartą pokazania jest czarny żakiet także z lat 30.  Uszyty ręcznie z wełny o splocie lnianego włókna ma podszewkę w jedwabiu bądź rayonu. Uwagę zwracają masywne, fasetowane szklane guziki oraz finezyjnie wycięte klapy i patki kieszeni. W ramionach są poduszki a talia mocno wcięta – świetnie wygląda zestawiony z szerokimi wełnianymi spodniami.  To zestawienie przypomina bardziej lata 40 i dlatego zaprezentuje je w osobnym poście.
Na koniec małe drobiazgi, które co jakiś czas udaje mi się znaleźć:
Chusta z lat 20 co sugeruje deseń jaki widuję na wielu ubraniach z tej epoki jakie znajduję na zagranicznych portalach typu Etsy. Chusta nosi widoczne ślady czasu i z tego powodu obawiam się ją nosić. Piękna prawda?






Szklana klamra i broszka z czerwonego szkła to kolejne dodatki z lat 20 upolowane w butiku Retro Club. Broszka mimo upływu lat świetnie komponuje się z wieloma ubraniami dużo od niej „młodszymi”  głównie żakietami i bluzkami.  Pokazuje to, że zakup takich staroci to  fajna inwestycja a na dodatek duża satysfakcja kiedy te rzeczy dostają drugie życie i znów radują oko moje i Wasze



Na koniec dodaję krótki filmik z charlestonem by umilić Wam lekturę 



środa, 15 kwietnia 2015

Wiosna, bistro, wernisaż i spojrzenia


30 milionów jako wygrana w lotto? W sumie nie mam nic przeciw temu, pytanie tylko co zrobić z tak astronomiczną kwotą by za szybko nie zwariować?
Voucher do restauracji za ciekawą odpowiedź? To nagroda realna i mimo iż kwota  nieporównanie mniejsza to radość i satysfakcja bardzo duża.  Miło tak zupełnie znienacka wyjść pewnego wiosennego dnia do restauracji na warszawskim Powiślu i poczuć jak wszystko budzi się do życia. Piękna pogoda i prawdziwie kwietniowa  aura zachęciła mnie do założenia sukienki bo co jak co, ale wolny dzień i randka z mężem nie pasują do spodni ni w ząb. Postanowiłam założyć sukienkę z lat 70 z butiku Retro Club w bliżej nieokreślonym kolorze (może ona też wzbudzi zainteresowanie typu jaki  to kolor: szary, fioletowy a może zielony?) za to ciekawie prezentująca się z mokasynami. Fioletowa torebka i szal dopełniają całości i ciekawie łączą beż płaszcza z pozostałymi dodatkami.
Sukienka i mokasyny - butik Retro Club

Poczyniłam przy okazji wiele spostrzeżeń socjologicznych, które mocno mnie zdziwiły. Otóż kiedy ubieram się vintage (ubrania bardzo vintage z lat 30 czy 50 jeszcze czekają na swój dzień) zwracam uwagę panów. Nie wiem co bardziej wtedy budzi ich zainteresowanie ja jako ja czy to co mam na sobie i co mocno odbiega od ubrań dzisiaj dostępnych w sklepach? To wyjście nie było jakieś super hiper kobiece bo z racji spaceru i dość dużej odległości restauracji od najbliższej stacji metra założyłam do sukienki wygodne mokasyny. Z płaszczem wyglądałam jak pensjonarka z małej francuskiej wsi jak to określił mój dowcipny mąż a mnie samej przypomniały się filmy z lat 70 i aktorki ubrane bardzo podobnie.

Nieco wcześniej byliśmy na wystawie szkła użytkowego w Instytucie Słowacji na Starym Mieście i obserwacje z metra były niemal identyczne. Tu miałam ciekawe spodnie i buty na wysokim obcasie a mimo to bardziej zainteresowałam Panów niż Panie… Ponieważ polubiłam fiolet owe spodnie zestawiłam ze współczesną koszulą i czarnym swetrem dodając do tego fioletową torebkę i wyżej wspomniane buty w podobnym odcieniu tego koloru.
Na wystawie szkła w Instytucie Słowacji                     

Tak wyglądałam w metrze jadąc na Stare Miasto 
Nie wiem teraz czy styl vintage choć moim zdaniem bardzo kobiecy i wdzięczny oddziałuje na Panów mocniej bo dzisiaj kobiety są mało kobiece pod kątem ubrań i dodatków? Czy właśnie same Panie uważają ten styl za przebrzmiały i nie pasujący do dzisiejszych czasów?
Wiem jedno: zarówno teraz jak i poprzednio wyraźnie się wyróżniałam  co mnie samej kiedyś bardzo nieśmiałej teraz przypadło do gustu. Na tyle, by przy następnej okazji założyć coś mocno vintage – nie tyle dla siebie co dla obserwacji otoczenia J Swoją trasą nie sądziłam, że taki ze mnie socjolog, ale może pewne rzeczy dopiero teraz po 30 zaczynają się ujawniać hahhaha

Poniżej zdjęcia z restauracji Le Bistro

Le Bistro - świetna nagroda i okazja do dłuższego spaceru
Le Bistro - winny regał                 

 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Prima Aprillis to nie żarty!



Piranie w Wiśle,  Elvis widziany na dworcu w Koluszkach, Polska  mistrzem świata w piłce nożnej -  takie newsy są tylko raz w roku – zgadnijcie pod jaką datą ?
Dniem żartów jest oczywiście 1 kwietnia, a dla mnie osobiście to dzień, który brutalnie uświadamia mi, ze właśnie stuknęła mi kolejna wiosenka. Wciąż młoda a jednak starsza… Nie będę się chwalić który rok życia mi wczoraj przybył, choć niewątpliwie jest to już „poważny” wiek

Urodziny spędzone we dwoje przy nastrojowym świetle egerskiej lampy z Wilhelmem spoglądającym na mnie ze ściany i muzyką z lat 50-60 płynącą w tle.. Ponieważ tak właśnie obchodzimy wiele ważnych dla nas okazji śmiem zakrzyknąć: domówki górą!

Kilka dni wcześniej mąż zaczął dopytywać się co bym w tym wyjątkowym dla siebie dniu zjadła. Pytanie jest jak najbardziej na miejscu bo choć bardzo lubię vintage to niewątpliwie dobra kuchnia plasuje się zaraz po nim. Dania jakie tego wieczoru jedliśmy już pokazałam na blogu, ale to świadczy o tym, ze za pewne rzeczy dałabym się dosłownie  pokroić bo tak bardzo je lubię.

Na przystawkę było foie gras z sorbetem z kiwi – delikatny smak gęsich wątróbek to coś za czym od dawna tęskniłam. Do tego węgierskie białe wino, gdzie z etykiety spogląda na mnie ulubiona aktorka ery złotego Hollywood to pełnia szczęcia i rozkosz dla podniebienia.  
Foie gras z sorbetem, wino i Marylin Monroe spoglądająca z etykiety białego wina

Potem pojawił się półmisek z krewetkami za jakie mogłabym dać się pokroić. Polane sosem słodko pikantnym były mocnym punktem programu.

Moje ulubione robaczki - pyszności
A na koniec coś co obydwoje bardzo lubimy: steki z cebulą szalotką przyrządzaną wg. przepisu Julii Child o jakiej był osobny post w towarzystwie Cabernet Franc z Egeru.

Niebo w gębie i mam tu na myśli każde z tych dań

Ponieważ to urodziny postanowiłam tego wieczoru założyć sukienkę w stylu boho prawdopodobnie z lat 70. Deseń kwiatów to tęsknota za wiosną i ferią żywych kolorów jakie ta pora roku ze sobą niesie. Na szyi mam korale jakie kiedyś lubiła nosić moja Mama do czasu kiedy korale porzuciła dla innych kamieni i biżuterii w zupełnie innym stylu. Szczęśliwie dla mnie  bo teraz to ja mogę cieszyć się niewątpliwą urodą czerwonego koralowca.

Korale od Mamy

Do sukienki pasuje bransoletka cloisonne w kolorach naszyjnika zakupiona w butiku Retro Club. 
branoletka wykonana techniką cloisonne

Chusta to jeszcze jeden dodatek z szafy Mamy, która stylem pasuje  tak do sukienki jak i MM z etykiety wina
Sukienka - Galeria Estilo, bransoletka - Retro Club, chusta i korale - szafa mojej Mamy
To były wspaniałe urodziny - kolacja z sercem przygotowana przez męża plus ulubione przeboje z lat 50 -60
Niech ten rok minie tak miło jak wczorajszy wieczór czego sobie  i Wam życzę

<a href="http://www.bloglovin.com/blog/13918531/?claim=b2wvqascq2c">Follow my blog with Bloglovin</a>