Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2016

Sielsko anielsko

Co pewien czas budzi się we mnie dusza globtrotera. No dobra! Może to jest zbyt duże słowo, więc niech będzie coś mniejszego kalibru? Dusza podróżnika? Nie! Dusza odkrywcy – to jest zdecydowanie to J
Ponieważ mieszkam w południowej części Warszawy zaciekawiło mnie czy jedyne miejsce na spacery, które odpowiada mi ze względu na zagęszczenie ludzkie to tylko rzeka Zielona? To okolice Zalesia, w ładne dni panuje tam spory ruch: i ten dwukołowy i dwunożny J
Nad brzegami Zielonej ciężko znaleźć wolne miejsce na relaks bo niemal każdy rozkłada się tam z grillem, kocem a nierzadko także ze sprzętem grającym. Nie chcę by się okazało, że jakiś straszliwy tetryk ze mnie, ale co tu kryć- wokół mego bloku od dobrych trzech miesięcy same remonty i wieczny hałas. Marzę o tym by znaleźć się gdzieś zupełnie sama, bez muzyki i w zupełnej ciszy… Wyobraźcie sobie, że prawie mi się udało J Znalazłam fajny park w Piasecznie i jestem przekonana, ze zrobiłam to zbyt późno. Duże jeziorko nad brzegami którego jest mnóstwo ławek, plaża, dla dzieci plac zabaw. Na tym ostatnim niemal każdego dorosłego kusi huśtawka, ale nie jakaś tam zwykła tylko taka dwuosobowa. Rzecz to przeznaczona tylko dla dzieci, ale nie raz czy dwa widziałam zadowolone dorosłe kobiety z radością się na niej bujające. Ostatnim razem postanowiłam, że i ja się pohuśtam i powiem Wam, że mimo moich 32 lat absolutnie nie chciało mi się jej opuszczać :D
Wielka radość z opanowania huśtawki :-) Wisienki w stylu pin up to drobiazg z Retro Clubu
Genialna rzecz: jak chcesz to siedzisz i się bujasz a jak chcesz poczuć jeszcze większy relaks (ale nie jesteś zbyt wysoka/i) to możesz się nawet położyć …
Nowe zastosowanie: niby huśtawka a leży się na niej jak na hamaku 

Na huśtawkę dybie dużo dzieci, wiec nie da się z niej korzystać jakoś mocno długo. I w sumie dobrze bo przeciwny brzeg też ma sporo ciekawych miejsc do zaoferowania. Na wysuniętym nieco cyplu też są miejsca siedzące i powiem Wam, że jak nigdy chodził za mną film „Rejs” i słowa pani Mamoniowej: „Cudownie! Tu jest naprawdę cudownie” 
W świetnym nastroju korciło mnie rzucać wszystkim na powitanie: "Mamoniowa" z lekkim zaśpiewem
Obok jeziora niespiesznym tempem płynie rzeka Jeziorka i to jest to co podoba mi się w tym miejscu najbardziej. Jest czysta, ma mnóstwo zakrętów i gdyby nie domy to można by się poczuć jak w dzikim buszu J
Jeden z kilku bocianów "dybiących" na darmową przekąskę. Odpłynął jak niepyszny kiedy się okazało, że nic dla niego nie mamy :-)


Co tu wiele mówić? Cudownie! Tu jest po prostu cudownie !!!

Stylowo podczas spaceru? Czemu nie :-)  - koszula St.Michael (Retro Club), wyszywane szorty Miss Sixty (www.decobazaar.com)

niedziela, 26 czerwca 2016

Wakacje z Kermitem


Z przerażeniem odkryłam, ze blog świeci pustką dobrych kilka miesięcy… Czas na „come back” w letnim stylu J  Dzisiaj piątek czyli weekendu początek – dobry dzień na post z opisem działkowego relaksu.
Kiedy nadchodzi lato i długie, ciepłe dni wtedy wsiadam w moje vintydżowe auto i oddalam się od Warszawy o jakieś 100km. Kierunek -> działka rodziców, idealne miejsce by móc się zrelaksować i odpocząć. Hamak pod czereśnią kusi by się na nim położyć i odpłynąć w cudowny niebyt, widok na oczko wodne pełne nenufarów koi zmęczony wzrok a 3 rechoczących lokatorów jest najlepszą rozrywką jaka tylko może być.

Dalszy opis jest zbędny – niech zdjęcia oddadzą klimat i atmosferę tego miejsca J





Kermit :-)


Kermit to ty? :-)  Pytanie nie jest bezsensowne ponieważ oczko ma trzech żabich lokatorów



Hamak - ulubione miejsce do spania i rozmyślań o niebieskich migdałach (czy ktoś się zastanawiał dlaczego niebieskich a nie np czerwonych czy fioletowych?)



środa, 7 października 2015

O wakacjach wspomnień czar - Eger



Skoro opisałam początek urlopu to teraz czas na wpis będący opisem jego końca. Smutno to zabrzmiało, ale chyba nadal nie umiem oprzeć się wrażeniu, że Węgry przyciągają mnie do siebie i kuszą J  Pobyt w Egerze zaczął się od małej wizyty w supermarkecie po której mieliśmy małe spotkanie z kolejnym oryginalnym mieszkańcem tej części Europy. Na naszej Silver Arrow a dokładniej na wlewie do baku paliwa siedziała i opalała się w promieniach słońca piękna modliszka. 
Nie ma to jak rozgrzana blacha auta - idealne miejsce do opalania się :-)
Ona też dzielnie znosiła pstrykanie – bo jak można sobie odmówić fotki z modliszką? J po czym musiała się szybko ulotnić kiedy auto zaczęło lawirować po parkingu. Kiedy tylko zaaklimatyzowaliśmy się w naszym pensjonacie raźnym krokiem ruszyliśmy na Starówkę. Nie obyło się bez pierwszych „pamiątkowych” zakupów. Ciekawi Was skąd cudzysłów? Owym pierwszym zakupem okazał się czosnek, który tam jest duży i bardzo aromatyczny  a bez którego nie umiem sobie wyobrazić smakowitych dań wychodzących spod mistrzowskiej ręki mej brzydszej połówki J
Ponieważ połowa września okazała się na Węgrzech porą upalną i słoneczną postanowiłam iż spacer uliczkami Egeru pokonam w stylizacji a la lata 50. To jedna z moich ulubionych dekad, która udowodniła mi, ze rozkloszowane sukienki i spódnice to rzeczy obowiązkowe w mojej szafie. 
Zapraszał to usiadłam :-)
W widocznym  na zdjęciu beżowo niebieskim zestawie na plan pierwszy wysuwa się spódnica. To oryginał z lat 50 w piękny motyw kratki i niebieskich róż. Jest to jedna z kilku spódnic z tych lat zakupiona w moim ulubionym butiku Retro Club. Dodałam do niej bluzkę z cienkiej tkaniny oraz naszyjnik z mojego ulubionego tworzywa lucite w pasujących kolorach. Właśnie za takie dodatki bardzo lubię ów sklepJ Do długiego chodzenia po mieście najlepsze jest wygodne obuwie – pod ręką miałam tenisówki w kolorze rozbielonej kawy (kolor pasujący do wszystkiego i nie tak podatny na zabrudzenia jak biel). Tanie i wygodne zakupione w Tesco sprawiły, że bacznie przyglądam się ubraniom i dodatkom firmy F&F. 

Najciekawszym punktem wakacyjnej garderoby okazała się sukienka, którą postanowiłam założyć na kolację będącą ostatnią podczas tej wyprawy. Nie od dziś podoba mi się ogromnie styl tiki czyli ubrania i dodatki inspirowane Hawajami.
źródło: Pinterest
Egzotyczne kwiaty, bajeczne kolory, ciekawe kroje sukienek czy też interesujące dodatki to główne powody dla których tak bardzo lubię ten właśnie styl. Tam na miejscu okazało się, że pomysł był świetny: do panującego upału jaki nie odpuszczał nawet wieczorem sukienka z motywem hibiskusa i liści palmowych pozwoliła przenieść się w tropikalny klimat.
Sukienka marki Limb (współczesna),  kuferek z vinylu z lat 50 w bordowym kolorze oraz szklany naszyjnik z lat 50 - butik Retro Club
Dobrałam do niej szpilki typu peep toe z czerwonego zamszu marki Ravel zakupione w jednej z grup sprzedażowych powstałych na Facebooku. „Oszałamiająca” cena 40zł sprawiła, że szybko znalazły się w mej szafie. Ponieważ wybrana przeze mnie sukienka ma ołówkowy fason i wzorzysty materiał zrezygnowałam z wyrazistych kolczyków na rzecz małych sztyftów z „najlepszymi przyjaciółmi kobiety” jak lubiła mawiać moja ulubiona Marylin Monroe. Do dekoltu zaś idealnie pasuje szklany naszyjnik rodem z lat 50 wyglądem wpisujący się w styl tiki. 
Szklany naszyjnik murano w super stanie z lat 50  oraz "najlepsi przyjaciele kobiety" jak mawiała MM

Tego wieczoru czułam się jak milion dolarów i życzę by takie uczucie towarzyszyło na co dzień każdej z nas miłe Panie J


Eger by night - wieczorem ukazuje swe drugie ciekawe oblicze

czwartek, 10 września 2015

Marylin na Zbawixie

Spoglądam za okno i co widzę? Ludzi poubieranych cieplej niż jeszcze kilka dni temu, szare niebo bez cienia szansy na słońce i masę liści na trawnikach. Czyżby to już jesień raźnym krokiem zawitała w nasze progi?  Odnoszę wrażenie, że tak – tegoroczne lato to już raczej tylko wspomnienia i należy nastawiać się na jesienną aurę.
Skoro wspomnienia to dzisiaj mała relacja z ostatniego upalnego weekendu sierpnia. Nie, nigdzie nie wyjechałam chociaż… Zaraz zaraz tak! Będzie to relacja z małej wycieczki na plac Zbawiciela w Warszawie. 


Postanowiliśmy z mężem zrobić mały eksperyment i udaliśmy się do jednej z licznych knajpek na owym placu pooddychać hipsterskim klimatem J Czy to się udało? Jeszcze jak, ale nie będę tu pisać o moich wewnętrznych odczuciach bo wyjdę na stetryczałą homofobkę.

Wolny weekend i perspektywa spaceru z mężem w wolny i słoneczny dzień nastawiła mnie nader optymistycznie już od rana. Od rana utrzymywała się także wysoka temperatura co kazało zastanowić się nad bardzo ważnym pytaniem (coś jak „być albo nie być” u Hamleta z tą różnicą, że moje rozważania nie były aż tak dramatyczne). Stanąwszy przed szafą zadałam sobie bardzo ważne pytanie: w co do cholerki mam się ubrać w taki upalny dzień???
Dywagacje wiejskiego listonosza ucięło szybkie spojrzenie na sukienki. Po „odrzuceniu” ubrań zbyt eleganckich, zbyt ekstrawaganckich a także „problematycznych” => czytaj: jak połączyć jedno z drugim by wyglądać na ubraną a nie przebraną mój wzrok spoczął na sukience do której pasuje tylko jedno słowo: IDEAŁ
Skoro upał to materiał przewiewny, skoro wyjście z mężem to sukienka, skoro sukienka to tylko coś kobiecego a skoro kobiece to vintage. Ta którą wybrałam jest uszyta z lnu drukowanego w niebiesko- zielone kwiaty i ma fason sukienek z lat 50. Sama sukienka jest z lat późniejszych, ale na tle dzisiejszej mody wygląda na rzecz bardzo vintage i o to mi właśnie chodzi. Poza tym ma ciekawy krój – z przodu tak naprawdę nie ma dekoltu za to z tyłu jest ciekawe wycięcie w kształcie litery V. Gdybym upięła włosy byłoby lepiej widoczne, ale przypuszczam, że jeszcze te sukienkę zobaczycie na blogu J
Słabo widoczne ciekawe wycięcie na plecach - uwierzcie na słowo JEST i prezentuje się naprawdę ciekawie

To sukienka marki Marks & Spencer z linii Per Una zakupiona w butiku Retro Club. Ponieważ jedyne kolory jakie na niej są to zielony i niebieski uznałam, że będą do niej pasować szpilki zapinane na kostce w neutralnym brązowym kolorze. Akcentem pasującym kolorystycznie do sukienki jest metalowa bransoleta także pochodząca z Retro Clubu oraz niebieski pasek marki Vogue pochodzący z Vintage Sklepu
Niby nie vintage, ale i tak czułam się wyraźnie "inna" :-)

Brak wrodzonego talentu do układania ciekawych fryzur sprawił, ze wyszłam z prostymi jak drut włosami. Już na mieście okazało się to BARDZO złym wyborem bo na upał najlepiej włosy upiąć (z perspektywy czasu napiszę JAKKOLWIEK UPIĄĆ) by skóra na szyi miała czym oddychać. Ot taka nauczka  na przyszłość.
Jako ciekawostkę podam iż miałam okazję spróbować słynnego drinka Marylin Monroe. Otóż moja ulubiona gwiazda ery Złotego Hollywood lubiła podobno pić Prosecco z sokiem pomarańczowym.  

Zmieniło to moje spojrzenie na samo Prosecco jako iż bąbelki to nie jest mój ulubiony trunek. No dobrze nie będę ukrywać iż chętnie spróbowałabym szampana Dom Perignon koniecznie z rocznika 1953 (podobno to był ulubiony rocznik MM)
Jedyne spostrzeżenie jakie mam to uczucie, że chyba jednak jestem z innej planety. Nie wiem czy jestem w tym osamotniona czy inne wielbicielki stylu vintage także tak mają? Idąc w tej sukience i szpilkach czułam na sobie wzrok każdej mijanej osoby – to może nie powinno dziwić bo kobiety w podobnych sukienkach to już rzadkość. Królują obecnie ubrania w bliżej nieokreślonej formie ni to worek na ziemniaki ni kołdra.. Jeden facet idąc z wózkiem aż zszedł z chodnika i nie wiem czy powinnam się cieszyć z tego czy zastanowić co zrobiłam nie tak, że aż się usunął? J
Będę wdzięczna za komentarze czy i Wy drogie vintage maniaczki zakładając ubrania vintage też czujecie się jak przybysze z innej planety?
Pozdrawiam wszystkich gorąco (na przekór pogodzie) z planety VINTAGE na której każdy miłośnik tego stylu witany jest z otwartymi ramionami

Au revoir Moi Drodzy :-)