Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sukienka. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

Róż i już!

Jest taki dzień w roku, gdzie dominuje motyw serca i kolor soczyście czerwony. Są prezenty i wyznania miłości… Walentynki czyli dzień, który jedni tępią i nienawidzą bo to „wymysł Zachodu” a inni traktują jako okazję do spędzenia miłego dnia z ukochaną osobą.  Nie jestem jakąś zagorzałą fanką Walentynek, ale uczyniłam z nich okazję do miłego spędzenia wieczoru z mężem.
Nie wiedzieć czemu mnie ten dzień nie skojarzył się z czerwienią a koralowym różem. Nie pytajcie dlaczego bo sama nie znam odpowiedzi – po prostu róż i już J Pod ten kolor wymyśliłam menu po czym płynnie przeszłam do obmyślania stroju, który miał odbiegać od tego co noszę na co dzień. Chcąc uniknąć nieporozumień i nieścisłości to wyjaśnię, że w oknach nie pojawiły się różowe zasłony. Nie nakryłam także stołu wściekle różowym obrusem. Kolor ten pojawił się wyłącznie w menu oraz na mnie samej o czym za chwilę powiedzą zdjęcia. Przygotowania do kolacji rozpoczęłam jednak od nakrycia stołu. 

Obrus fioletowy, porcelana z Ćmielowa, kolorowe kryształowe kieliszki i stylowe, szklane świeczniki. Właśnie to czego do tej pory brakowało mi w naszych domowych kolacjach to blask świec osadzonych na świecznikach. Te jakie widać na zdjęciach pochodzą ze sklepu AtelierBrocante, który jest rajem dla każdego miłośnika wnętrz vintage. Mnie zawsze kusi piękna porcelana do kawy, kolorowe szkło i sprzęty o jakich teraz można tylko poczytać w książkach.  Skoro stół nakryty to następnym etapem było przygotowanie samej siebie J 

Sukienka jaką widzicie pochodzi z lat 60, jest projektem firmy KAIMINA a zakupiona została w moim ulubionym Retro Clubie. To dzianina w kolorze koralowego różu, która ma fason szmizjerki zapinanej na rząd celuloidowych czerwonych guzików spiętej paskiem z klamrą z tego samego tworzywa. 

Usiłowałam odszukać tę firmę w internecie, ale bezskutecznie – gdyby ktokolwiek z Was czytelników wiedział gdzie mogę odszukać takie informacje będę wdzięczna za wiadomość. Do sukienki, która ma zabudowaną szyję dobrałam kolorową apaszkę marki Kenzo z mięsistego jedwabiu z motywem kwiatów.

 Bawiąc się tonacją koralowo – kremową na ręku mam trzy bransolety z tworzywa przy czym czerwona zasługuje na uwagę ze względu na rzeźbienia.

Pomijam milczeniem kwestię fryzury bo włosy to mój odwieczny dylemat. Najchętniej po prostu bym je ścięła i problem zniknąłby tak samo szybko jak się pojawił J Niemniej wczoraj uznałam, ze takie proste włosy nie spięte w żaden kok to najlepsza opcja do tej sukienki.
Skoro opisałam już stół oraz ubranie to przejdę do najważniejszej części wieczoru czyli menu. Samo wymyślenie potraw to nic, potrzeba potem pomysły wcielić w życie by nadać im realny kształt. Zadania tego podjął się mój mąż dzięki czemu była to prawdziwa uczta nie tylko dla podniebienia, ale i dla oczu J Na początek krewetki w sosie pomidorowym z podsmażonym na patelni czosnkiem. 

Za krewetki mogę dać się pokroić do tego stopnia je uwielbiam. Na danie główne trzymając się tej samej tonacji kolorystycznej był łosoś na kremie z zielonego groszku z pieczonymi ziemniaczkami. 

Do tych potraw nie mogło zabraknąć różowego wytrawnego wina z Prowansji pitego w kieliszkach przeznaczonych na inny typ wina, ale to drobiazg :D
I skoro taka uroczysta kolacja to nie mogło zabraknąć deseru. Wymyśliłam coś co lubi chyba niemal każda kobieta czyli tiramisu.

 Mąż podał je w wielkich kieliszkach do czerwonego wina a ja po namyśle przyznałam, że to jest lepsze ich wykorzystanie niż to pierwotne J

Kolację zakończyliśmy przed ekranem tv oglądając jeden z najbardziej znanych filmów vintage jakimoże być. Znane, ale bardzo przez nas lubiane „Śniadanie u Tiffany’go” zakończyło z nami ten przyjemny i nastrojowy wieczór.  Oczywiście mogłam spróbować wystylizować się na wampa w małej czarnej, na wysokich obcasach i z krwistą czerwienią połyskującą na ustach i paznokciach. Mogłam i być może kiedyś zobaczycie mnie w takim właśnie wydaniu.  Dzisiejszy dzień potraktowałam jednak jako zabawę kolorem i próbą ustawienia kolacji we wszelkich odmianach różu. To także moja chęć pokazania stylizacji na lata 60 – stąd apaszka i szeroka bransoleta do sukienki z tych właśnie lat.
Kochani życzę Wam miłości przez cały rok, a nawet dłużej a na zwieńczenie tego fantastycznego dnia zostawiam muzyczną pocztówkę. To jedna z moich ulubionych piosenek, ale idealnie pasująca na ten dzisiejszy wyjątkowy wieczór z ukochaną osobą. Szanowni Państwo oto Bobby Vinton i jego piosenka „Roses are red”



środa, 7 października 2015

O wakacjach wspomnień czar - Eger



Skoro opisałam początek urlopu to teraz czas na wpis będący opisem jego końca. Smutno to zabrzmiało, ale chyba nadal nie umiem oprzeć się wrażeniu, że Węgry przyciągają mnie do siebie i kuszą J  Pobyt w Egerze zaczął się od małej wizyty w supermarkecie po której mieliśmy małe spotkanie z kolejnym oryginalnym mieszkańcem tej części Europy. Na naszej Silver Arrow a dokładniej na wlewie do baku paliwa siedziała i opalała się w promieniach słońca piękna modliszka. 
Nie ma to jak rozgrzana blacha auta - idealne miejsce do opalania się :-)
Ona też dzielnie znosiła pstrykanie – bo jak można sobie odmówić fotki z modliszką? J po czym musiała się szybko ulotnić kiedy auto zaczęło lawirować po parkingu. Kiedy tylko zaaklimatyzowaliśmy się w naszym pensjonacie raźnym krokiem ruszyliśmy na Starówkę. Nie obyło się bez pierwszych „pamiątkowych” zakupów. Ciekawi Was skąd cudzysłów? Owym pierwszym zakupem okazał się czosnek, który tam jest duży i bardzo aromatyczny  a bez którego nie umiem sobie wyobrazić smakowitych dań wychodzących spod mistrzowskiej ręki mej brzydszej połówki J
Ponieważ połowa września okazała się na Węgrzech porą upalną i słoneczną postanowiłam iż spacer uliczkami Egeru pokonam w stylizacji a la lata 50. To jedna z moich ulubionych dekad, która udowodniła mi, ze rozkloszowane sukienki i spódnice to rzeczy obowiązkowe w mojej szafie. 
Zapraszał to usiadłam :-)
W widocznym  na zdjęciu beżowo niebieskim zestawie na plan pierwszy wysuwa się spódnica. To oryginał z lat 50 w piękny motyw kratki i niebieskich róż. Jest to jedna z kilku spódnic z tych lat zakupiona w moim ulubionym butiku Retro Club. Dodałam do niej bluzkę z cienkiej tkaniny oraz naszyjnik z mojego ulubionego tworzywa lucite w pasujących kolorach. Właśnie za takie dodatki bardzo lubię ów sklepJ Do długiego chodzenia po mieście najlepsze jest wygodne obuwie – pod ręką miałam tenisówki w kolorze rozbielonej kawy (kolor pasujący do wszystkiego i nie tak podatny na zabrudzenia jak biel). Tanie i wygodne zakupione w Tesco sprawiły, że bacznie przyglądam się ubraniom i dodatkom firmy F&F. 

Najciekawszym punktem wakacyjnej garderoby okazała się sukienka, którą postanowiłam założyć na kolację będącą ostatnią podczas tej wyprawy. Nie od dziś podoba mi się ogromnie styl tiki czyli ubrania i dodatki inspirowane Hawajami.
źródło: Pinterest
Egzotyczne kwiaty, bajeczne kolory, ciekawe kroje sukienek czy też interesujące dodatki to główne powody dla których tak bardzo lubię ten właśnie styl. Tam na miejscu okazało się, że pomysł był świetny: do panującego upału jaki nie odpuszczał nawet wieczorem sukienka z motywem hibiskusa i liści palmowych pozwoliła przenieść się w tropikalny klimat.
Sukienka marki Limb (współczesna),  kuferek z vinylu z lat 50 w bordowym kolorze oraz szklany naszyjnik z lat 50 - butik Retro Club
Dobrałam do niej szpilki typu peep toe z czerwonego zamszu marki Ravel zakupione w jednej z grup sprzedażowych powstałych na Facebooku. „Oszałamiająca” cena 40zł sprawiła, że szybko znalazły się w mej szafie. Ponieważ wybrana przeze mnie sukienka ma ołówkowy fason i wzorzysty materiał zrezygnowałam z wyrazistych kolczyków na rzecz małych sztyftów z „najlepszymi przyjaciółmi kobiety” jak lubiła mawiać moja ulubiona Marylin Monroe. Do dekoltu zaś idealnie pasuje szklany naszyjnik rodem z lat 50 wyglądem wpisujący się w styl tiki. 
Szklany naszyjnik murano w super stanie z lat 50  oraz "najlepsi przyjaciele kobiety" jak mawiała MM

Tego wieczoru czułam się jak milion dolarów i życzę by takie uczucie towarzyszyło na co dzień każdej z nas miłe Panie J


Eger by night - wieczorem ukazuje swe drugie ciekawe oblicze

niedziela, 15 marca 2015

Oyster's party



Rozmyślając nad treścią tego wpisu zaczęłam gdybać czy tylko dzieci są ciekawskie i lubią poznawać wszystko co nowe i im nie znane? Być może, ale w tej teorii trafił się właśnie wyjątek – chlubny oczywiście i absolutnie nietuzinkowy – inny być nie może skoro mowa o mnie. Tak skromność to moje drugie imię a ciekawość trzecie.
Czego dotyczyła ta ciekawość? Odpowiedź krótka niczym osławiony już życiorys Zenka – kuchni. O tym, że nie gotuję już pisałam. Nie jest to jednak przeszkodą w próbowaniu nowych dań i poznawaniu nowych smaków zwłaszcza jeśli za męża ma się faceta kochającego gotować. Jest jeszcze dużo potraw jakich nie znam a chciałabym poznać, jednak jedna konkretna nie dawała mi spokoju już od dłuższego czasu. Musiałam wreszcie zmienić ten stan rzeczy a idealną okazją ku temu okazały się urodziny. Nie, nie moje a mego męża, które choć spędzone w zaciszu domowym to takie znów skromne nie były.
Czy już wystarczająco wzbudziłam Waszą ciekawość o jakim daniu chce napisać? Jeśli tak to mogę zdradzić, że chodzi o ostrygi. 

Ostrygi, które nie mają przede mną żadnych tajemnic
Być może ktoś teraz wzdrygnie się z obrzydzenia a ktoś inny zastanowi  tak jak ja jak to cholerstwo smakuje? Powiem Wam krótko: to był hardcore level 3 5 a nawet 10, ale mimo wszystko jestem z siebie dumna. Dumna bo spróbowałam i już nikt nie zaskoczy mnie rozmową na ich temat. Dumna bo wyglądają obrzydliwie a jeszcze gorzej pachną (nie jestem jakoś mocno czuła na zapachy, ale zapach świeżych ostryg dosłownie mnie powalił) a mimo to zjadłam 2 z 3 jakie przypadały na głowę. Za trzecią dostałam dużą ilość krewetek, które naprawdę uwielbiam.
Teraz chciałabym doprecyzować: otóż urodziny męża to nie były same ostrygi i na tym koniec imprezy. Zastanawiając się nad tym co byśmy zjedli w ten szczególny dzień doszliśmy do wniosku, że egzotyka to jest to i taki kierunek obraliśmy.  Na początek były ostrygi z białym winem (Chardonnay z Egeru) i sosem  mignonette (cebula szalotka i ocet balsamiczny, pieprz), potem krewetki w sosie chili słodko-pikantnym a na koniec ryba zapiekana po prowansalski z bakłażanem pomidorami cebulą i czarnymi oliwkami. Niebo w gębie mówię Wam – zdjęcia niech podziałają na apetyt.
Jedzenie, które patrzy choć nie ucieka z talerza czyli krewetka we własnej osobie

Danie główne urodzinowego dnia

Przy okazji przygotowań do urodzin zaczęłam się zastanawiać które z nas tj. ja czy mąż ma już większego hopla na punkcie vintage.. Urodziny spędzone we dwoje w domu, ale nie znaczy to, że wyciągnięta bluza od dresu i takież spodnie to idealne ubranie na taką okazję. Zwłaszcza w obliczu tak niecodziennych „gości” na stole jak ostrygi! Mąż zapowiedział, że skoro to jego urodziny a vintage zaczął odgrywać w naszym życiu dość znaczącą rolę to on chciałby abym podkreśliła ów dzień strojem vintage. Tym bardziej, że ów vintage wylewa się z szafy, ale nie myślcie, że to sprawę ułatwia. Co to to nie! Pół dnia debatowałam co będzie się dobrze prezentować a jednocześnie za bardzo nie wygniecie czy pobrudzi. Wybór padł na piękną sukienkę z butiku Retro Club przywodzącą na myśl lata 20/30. Kiedy założyłam na szyję perełki znane z postu o Julii Child i czarne szpilki (przecież kapcie nie pasują ni w ząb ani do kolacji ani do sukienki a tak w ogóle to tylko siedziałam w nich przy stole) wyszedł mi całkiem zgrabny strój nieprawdaż?


Sukienka o kroju z lat 20/30 - butik Retro Club, naszyjnik- butik Retro Club, szpilki marki Servas - butik Vintageladies.pl
Tak sukienka prezentuje się w okazałości

Jedyne zastrzeżenia mam do własnej fryzury, która niebawem trafi „pod topór” fryzjerki i niczym przyroda będzie mieć szanse na nowe odrodzenie. Chyba ręce mam za krótkie bo upiąć je w coś sensownego to nadludzki już wysiłek!

Tak więc moi drodzy nie bójcie odkrywać się nieznanych Wam lądów – czy tak jak w moim przypadku- nieznanych Wam smaków. Nie wiem czy mi się to uda, ale teraz chodzi za mną coś na kształt homara, langusty lub kraba.  A mężowi, który jest pierwszym czytelnikiem i recenzentem życzę oprócz nieustającego uczucia miłości do autorki aby podobne uczucie zamiłowania do gotowania zwłaszcza nowych dań nigdy mu nie minęło
Urodziny spędzone iście po szampańsku
<a href="http://www.bloglovin.com/blog/13918531/?claim=b2wvqascq2c">Follow my blog with Bloglovin</a>