wtorek, 6 września 2016

Podróże małe i duże

Przyjrzałam się moim ostatnim wpisom i skonfrontowałam je z najnowszym co doprowadziło mnie do dziwnego wniosku... Jestem niczym przyczajony tygrys a może ukryty smok – od lekkiego działkowego wpisu poprzez opis urokliwej dziczy pod Warszawą dzisiaj zabieram Was w egzotyczną podróż.
To co? Czas pakować walizkę i w drogę :-)

Nie myli nikogo wzrok – walizka jest naprawdę niewielka bo to walizka dziecięca. Tak naprawdę to walizka mojej teściowej z lat jej dzieciństwa a na przypieczętowanie tej własności zostały w środku jej inicjały. Z.Z => Zorro? ZZ Top? Absolutnie nie! Niemniej pozwólcie, że mama męża pozostanie tajemnicza 
Zorro? ZZ Top? Nie! To inicjały mej Teściowej :-)
Co zabierały ze sobą w podróż eleganckie kobiety lat 40-50 ?  To moja luźna wariacja i mieszanka rzeczy od lat 40 przez 50te i 60te a na współczesnych kończąc
Torebka koszyk z lat 50 upolowana w sklepie Vintage Classic a parasolka w butiku Retro Club

Okulary vintage - kupione lata temu na stronie decobazaar.com

Kapelusz MaxMara i rękawiczki - Retro Club

Niewielka część mojej kolekcji biżuterii z tworzywa pochodząca z butiku Retro Club. Klipsy to najprawdziwszy w świecie bakelit - wciąż liczę, że znajdę bransolety wykonane właśnie z tego plastiku

Przygotowania do podróży za nami więc teraz czas na wyjaśnienie jaki był jej cel. Nie wiem czy Wy wiecie, że pod Kielcami działa oceanarium? Jeśli będziecie w moim ulubionym mieście to wybierzcie się tam koniecznie (przy okazji blisko stamtąd do Zagnańska, gdzie można odpocząć w cieniu najstarszego polskiego dębu Bartka)
Podkieleckie oceanarium nie jest zbyt duże, ale uwierzcie mi na słowo: jest fantastyczne! Mnie osobiście spodobały się akwaria z rekinami i płaszczkami oraz akwaria z kolorowymi i energicznymi rybkami Nemo :-)
Feria barw, mieniących się kolorów a wokół cisza i spokój – nikt nie wygania i nie popędza, więc można tam przepaść na długi czas
Nie mam zdjęć bo w akwariach panował wielki ruch podobny do tego z ul.Marszałkowskiej w Warszawie :-) Gorąco polecam to miejsce każdemu kto będzie w okolicy i sama też pewnie niedługo tam wrócę

Choć zdjęć z samego akwarium brak poniżej mała inspiracja, którą owe miejsce mi podyktowało. 
Biżuteria rodem z morskich otchłani - koral, macica perłowa, koniki morskie...

Mały przegląd "morskiej" biżuterii - korale to prezent od Mamy a olbrzymia broszka z macicy perłowej i bransoleta z perełek to zakupy z Retro Clubu
Kolczyki vintage z macicy perłowej i meksykańska bransoleta brasoleta z alpaki - Retro Club
Ciekawa biżuteria wyszukana w butiku Retro Club :)

czwartek, 4 sierpnia 2016

Sielsko anielsko

Co pewien czas budzi się we mnie dusza globtrotera. No dobra! Może to jest zbyt duże słowo, więc niech będzie coś mniejszego kalibru? Dusza podróżnika? Nie! Dusza odkrywcy – to jest zdecydowanie to J
Ponieważ mieszkam w południowej części Warszawy zaciekawiło mnie czy jedyne miejsce na spacery, które odpowiada mi ze względu na zagęszczenie ludzkie to tylko rzeka Zielona? To okolice Zalesia, w ładne dni panuje tam spory ruch: i ten dwukołowy i dwunożny J
Nad brzegami Zielonej ciężko znaleźć wolne miejsce na relaks bo niemal każdy rozkłada się tam z grillem, kocem a nierzadko także ze sprzętem grającym. Nie chcę by się okazało, że jakiś straszliwy tetryk ze mnie, ale co tu kryć- wokół mego bloku od dobrych trzech miesięcy same remonty i wieczny hałas. Marzę o tym by znaleźć się gdzieś zupełnie sama, bez muzyki i w zupełnej ciszy… Wyobraźcie sobie, że prawie mi się udało J Znalazłam fajny park w Piasecznie i jestem przekonana, ze zrobiłam to zbyt późno. Duże jeziorko nad brzegami którego jest mnóstwo ławek, plaża, dla dzieci plac zabaw. Na tym ostatnim niemal każdego dorosłego kusi huśtawka, ale nie jakaś tam zwykła tylko taka dwuosobowa. Rzecz to przeznaczona tylko dla dzieci, ale nie raz czy dwa widziałam zadowolone dorosłe kobiety z radością się na niej bujające. Ostatnim razem postanowiłam, że i ja się pohuśtam i powiem Wam, że mimo moich 32 lat absolutnie nie chciało mi się jej opuszczać :D
Wielka radość z opanowania huśtawki :-) Wisienki w stylu pin up to drobiazg z Retro Clubu
Genialna rzecz: jak chcesz to siedzisz i się bujasz a jak chcesz poczuć jeszcze większy relaks (ale nie jesteś zbyt wysoka/i) to możesz się nawet położyć …
Nowe zastosowanie: niby huśtawka a leży się na niej jak na hamaku 

Na huśtawkę dybie dużo dzieci, wiec nie da się z niej korzystać jakoś mocno długo. I w sumie dobrze bo przeciwny brzeg też ma sporo ciekawych miejsc do zaoferowania. Na wysuniętym nieco cyplu też są miejsca siedzące i powiem Wam, że jak nigdy chodził za mną film „Rejs” i słowa pani Mamoniowej: „Cudownie! Tu jest naprawdę cudownie” 
W świetnym nastroju korciło mnie rzucać wszystkim na powitanie: "Mamoniowa" z lekkim zaśpiewem
Obok jeziora niespiesznym tempem płynie rzeka Jeziorka i to jest to co podoba mi się w tym miejscu najbardziej. Jest czysta, ma mnóstwo zakrętów i gdyby nie domy to można by się poczuć jak w dzikim buszu J
Jeden z kilku bocianów "dybiących" na darmową przekąskę. Odpłynął jak niepyszny kiedy się okazało, że nic dla niego nie mamy :-)


Co tu wiele mówić? Cudownie! Tu jest po prostu cudownie !!!

Stylowo podczas spaceru? Czemu nie :-)  - koszula St.Michael (Retro Club), wyszywane szorty Miss Sixty (www.decobazaar.com)

niedziela, 26 czerwca 2016

Wakacje z Kermitem


Z przerażeniem odkryłam, ze blog świeci pustką dobrych kilka miesięcy… Czas na „come back” w letnim stylu J  Dzisiaj piątek czyli weekendu początek – dobry dzień na post z opisem działkowego relaksu.
Kiedy nadchodzi lato i długie, ciepłe dni wtedy wsiadam w moje vintydżowe auto i oddalam się od Warszawy o jakieś 100km. Kierunek -> działka rodziców, idealne miejsce by móc się zrelaksować i odpocząć. Hamak pod czereśnią kusi by się na nim położyć i odpłynąć w cudowny niebyt, widok na oczko wodne pełne nenufarów koi zmęczony wzrok a 3 rechoczących lokatorów jest najlepszą rozrywką jaka tylko może być.

Dalszy opis jest zbędny – niech zdjęcia oddadzą klimat i atmosferę tego miejsca J





Kermit :-)


Kermit to ty? :-)  Pytanie nie jest bezsensowne ponieważ oczko ma trzech żabich lokatorów



Hamak - ulubione miejsce do spania i rozmyślań o niebieskich migdałach (czy ktoś się zastanawiał dlaczego niebieskich a nie np czerwonych czy fioletowych?)



wtorek, 15 marca 2016

Dziewczyna gangstera

Zawsze chciałam być dziewczyną gangstera – pomyślałam zgięta wpół nad wanną kończąc czynność wybitnie nudną i monotonną – pranie ręczne. Pytanie tylko czy naprawdę i 
czy ZAWSZE chciałam być dziewczyną gangstera? Nie, nie sądzę by taka rola kiedykolwiek mnie pociągała. Za to zawsze kiedy ciekawy film przenosi mnie w epokę sprzed lat lubię się zastanowić  jakby to było gdybym żyła w tym samym czasie i miejscu.
Kiedy wraz z mężem jakiś czas temu oglądaliśmy film „Chłopcy z ferajny” nagle w naszych głowach pojawiła się z głośnym brzdękiem złota myśl zupełnie jak w kreskówkach.  Oboje doszliśmy do wniosku, że chcemy przenieść klimat tych czasów w swoje 4 ściany.
Okazją, która pomogła wcielić pomysł w życie były urodziny mej brzydszej połówki. Żeby nie skończyło się  na tak zwanej lepszej kolacji zmieniliśmy  nasz salon w wielkiej płycie w ekskluzywny klub rodem z lat 70-tych, a okrągły stół po prababci w stolik, przy którym spędzali długie noce „Chłopcy z ferajny”  w towarzystwie efektownych dziewczyn,  w dymie cygar, oparach whisky oraz blasku przyćmionego światła odbijającego się w wiaderku z szampanem.  Klimatu dopełniła ścieżka dźwiękowa z filmów „Chłopcy z ferajny” oraz „Ojciec chrzestny”.

Mając na uwadze, że chcemy poczuć klimat gangsterski to dżinsy odpadły w przedbiegach. Mąż założył białą koszulę i spodnie w kant w prążki, a do tego czarne szelki i wzorzysty krawat. Prezentował się fantastycznie zwłaszcza kiedy zapalił cygaro J

Mnie przypadłą rola „dziewczyny gangstera”, choć teraz po fakcie doszłam do wniosku, że za mało zaszalałam z dodatkami. Odkryłam jednak wielki potencjał i urodę „małej czarnej” z lat 60 pokazującej, że kiedy nie ma dekoltu na wierzchu i odkrytych ramion też można wyglądać kobieco. 




Do sukienki postanowiłam założyć wielka złotą broszkę w kształcie kilku sznurów połączonych ze sobą, złotą bransoletę, wielkie spiralne kolczyki i okazały pierścionek z oczkiem „a la diament” J
Do tej roli najbardziej pasował pierścionek od Sarah Coventry.

Buty jakie widzicie to ciekawostka w moich obuwniczych zbiorach. To złote klapki marki Terry de Havilland kupione niegdyś w Retro Clubie.
























Dopełniały całości stroju na wieczór i idealnie wpasowały się styl „a la król Midas” czyli im więcej złota i połysku tym lepiej. Zabrakło wymyślnej fryzury a’la kapusta i mocnego makijażu, ale post piszę JA czyli ktoś kto sobie samej potrafi świetnie umalować jedynie usta i związać włosy w nieskomplikowany kucyk… Obiecuję sobie już od dłuższego czasu, ze wreszcie skrócę włosy i może ten radykalny krok ułatwi mi życie choćby w tym małym zakresie

Kiedy skończyliśmy jeść delikatne foiegras i wyborne steki, nadszedł czas na deser. Nie jestem osobą palącą, ale kolorowe papierosy Sobranie widoczne na zdjęciu skusiły mnie na tyle skutecznie by tego wieczoru dać się ponieść z prądem :D

Pokój w jakimś momencie wypełnił dym papierosów i cygara (o zapachu już nic nie mówię) i to był ten czas kiedy oboje doszliśmy do wniosku, że jeszcze za wcześnie na oddanie się w objęcia Morfeusza. 
Wieczór zakończył film i byli to oczywiście „Chłopcy z ferajny” J
Wszystkiego naj bohaterze tego wieczoru J


środa, 17 lutego 2016

Róż i już!

Jest taki dzień w roku, gdzie dominuje motyw serca i kolor soczyście czerwony. Są prezenty i wyznania miłości… Walentynki czyli dzień, który jedni tępią i nienawidzą bo to „wymysł Zachodu” a inni traktują jako okazję do spędzenia miłego dnia z ukochaną osobą.  Nie jestem jakąś zagorzałą fanką Walentynek, ale uczyniłam z nich okazję do miłego spędzenia wieczoru z mężem.
Nie wiedzieć czemu mnie ten dzień nie skojarzył się z czerwienią a koralowym różem. Nie pytajcie dlaczego bo sama nie znam odpowiedzi – po prostu róż i już J Pod ten kolor wymyśliłam menu po czym płynnie przeszłam do obmyślania stroju, który miał odbiegać od tego co noszę na co dzień. Chcąc uniknąć nieporozumień i nieścisłości to wyjaśnię, że w oknach nie pojawiły się różowe zasłony. Nie nakryłam także stołu wściekle różowym obrusem. Kolor ten pojawił się wyłącznie w menu oraz na mnie samej o czym za chwilę powiedzą zdjęcia. Przygotowania do kolacji rozpoczęłam jednak od nakrycia stołu. 

Obrus fioletowy, porcelana z Ćmielowa, kolorowe kryształowe kieliszki i stylowe, szklane świeczniki. Właśnie to czego do tej pory brakowało mi w naszych domowych kolacjach to blask świec osadzonych na świecznikach. Te jakie widać na zdjęciach pochodzą ze sklepu AtelierBrocante, który jest rajem dla każdego miłośnika wnętrz vintage. Mnie zawsze kusi piękna porcelana do kawy, kolorowe szkło i sprzęty o jakich teraz można tylko poczytać w książkach.  Skoro stół nakryty to następnym etapem było przygotowanie samej siebie J 

Sukienka jaką widzicie pochodzi z lat 60, jest projektem firmy KAIMINA a zakupiona została w moim ulubionym Retro Clubie. To dzianina w kolorze koralowego różu, która ma fason szmizjerki zapinanej na rząd celuloidowych czerwonych guzików spiętej paskiem z klamrą z tego samego tworzywa. 

Usiłowałam odszukać tę firmę w internecie, ale bezskutecznie – gdyby ktokolwiek z Was czytelników wiedział gdzie mogę odszukać takie informacje będę wdzięczna za wiadomość. Do sukienki, która ma zabudowaną szyję dobrałam kolorową apaszkę marki Kenzo z mięsistego jedwabiu z motywem kwiatów.

 Bawiąc się tonacją koralowo – kremową na ręku mam trzy bransolety z tworzywa przy czym czerwona zasługuje na uwagę ze względu na rzeźbienia.

Pomijam milczeniem kwestię fryzury bo włosy to mój odwieczny dylemat. Najchętniej po prostu bym je ścięła i problem zniknąłby tak samo szybko jak się pojawił J Niemniej wczoraj uznałam, ze takie proste włosy nie spięte w żaden kok to najlepsza opcja do tej sukienki.
Skoro opisałam już stół oraz ubranie to przejdę do najważniejszej części wieczoru czyli menu. Samo wymyślenie potraw to nic, potrzeba potem pomysły wcielić w życie by nadać im realny kształt. Zadania tego podjął się mój mąż dzięki czemu była to prawdziwa uczta nie tylko dla podniebienia, ale i dla oczu J Na początek krewetki w sosie pomidorowym z podsmażonym na patelni czosnkiem. 

Za krewetki mogę dać się pokroić do tego stopnia je uwielbiam. Na danie główne trzymając się tej samej tonacji kolorystycznej był łosoś na kremie z zielonego groszku z pieczonymi ziemniaczkami. 

Do tych potraw nie mogło zabraknąć różowego wytrawnego wina z Prowansji pitego w kieliszkach przeznaczonych na inny typ wina, ale to drobiazg :D
I skoro taka uroczysta kolacja to nie mogło zabraknąć deseru. Wymyśliłam coś co lubi chyba niemal każda kobieta czyli tiramisu.

 Mąż podał je w wielkich kieliszkach do czerwonego wina a ja po namyśle przyznałam, że to jest lepsze ich wykorzystanie niż to pierwotne J

Kolację zakończyliśmy przed ekranem tv oglądając jeden z najbardziej znanych filmów vintage jakimoże być. Znane, ale bardzo przez nas lubiane „Śniadanie u Tiffany’go” zakończyło z nami ten przyjemny i nastrojowy wieczór.  Oczywiście mogłam spróbować wystylizować się na wampa w małej czarnej, na wysokich obcasach i z krwistą czerwienią połyskującą na ustach i paznokciach. Mogłam i być może kiedyś zobaczycie mnie w takim właśnie wydaniu.  Dzisiejszy dzień potraktowałam jednak jako zabawę kolorem i próbą ustawienia kolacji we wszelkich odmianach różu. To także moja chęć pokazania stylizacji na lata 60 – stąd apaszka i szeroka bransoleta do sukienki z tych właśnie lat.
Kochani życzę Wam miłości przez cały rok, a nawet dłużej a na zwieńczenie tego fantastycznego dnia zostawiam muzyczną pocztówkę. To jedna z moich ulubionych piosenek, ale idealnie pasująca na ten dzisiejszy wyjątkowy wieczór z ukochaną osobą. Szanowni Państwo oto Bobby Vinton i jego piosenka „Roses are red”



poniedziałek, 28 grudnia 2015

Christmas z metką

Święta Święta i po Świętach J  W tym roku wyjątkowe bo nie dość, że ciepłe to na dodatek bez grama śniegu. Właśnie ta pogoda sprawiła, że kiedy tylko usłyszałam w radiu pewną piosenkę o spadającym śniegu który nas zasypie prawie przewróciłam się ze śmiechu J Mnie nie zasypało nic z wyjątkiem świątecznej gorączki i mnóstwa weny jeśli chodzi o pomysły na świąteczną oprawę wigilijnej kolacji.
Dzisiaj właśnie chcę pokazać kilka pomysłów jak ubrać się na kolację do eleganckiej restauracji jak i na świąteczny wieczór spędzany we własnym domu. Ponieważ blog powstał z pasji do vintage udowodnię niedowiarkom, że sklepy z taką odzieżą to prawdziwa kopalnia ciekawych ubrań za małe pieniądze. Miłośnicy tego stylu wiedzą, ze nie jest trudno w naszych sklepach o ubranie z tzw. metką – już wcześniej przez kogoś wyszukane i to na ogół w świetnym stanie. Moje zestawy to takie połączenie starego z nowym, markowego z rzeczami no name i wielka radość z dodawania rzeczy bardzo vintage do współczesnych ubrań.
Na pierwszy ogień wstawiam zdjęcia zestawu jaki wybrałam na zaproszenie szefa męża do eleganckiej restauracji. Nie znając współbiesiadników postawiłam na klasykę, która jak stara prawda głosi sama się obroni.  Na dobrą sprawę ów wieczór to była prawdziwa reklama domu mody Escada – szkoda, ze ów dom nic o niej nie wiedział :D
Ponieważ zima póki co łaskawie nas traktuje mogłam założyć piękny beżowy płaszcz od mojej Mamy. Idąc w nim czułam na sobie spojrzenia i co mi się nie często zdarza przyznałam rację wszelkim redaktorkom mody i „znawczyniom” tego tematu, że taki płaszcz każda z nas powinna mieć w szafie. Redaktorki rozpisują się nad rzeczami nowymi w zawrotnych cenach (znaleźć tani ładny płaszcz na lata dziś nie jest tak łatwo). A ja powiem, że warto obejrzeć szafę własnej rodzicielki, teściowej czy ciotki – założę się, że w szafie nie jednej z nich można znaleźć podobne cuda.

Aby nie było zbyt nudno i jednostajnie szyję okręciłam jedwabnym szalem w kolorową kratę wyszukanym w sklepie Retro Club.
Po zdjęciu owego płaszcza ukazał się zestaw prosty acz jak myślę elegancki. 

Do czarnych wełnianych spodni wspomnianej już Escady dobrałam czerwoną bluzkę no name. Na wierzch założyłam piękny kaszmirowy żakiet marki Escada-Ermenegildo Zegna.  Prawdziwa perełka: logowana podszewka i guziki oraz cudowna miękkość kaszmiru. Zarówno bluzka jak i wspomniany żakiet zakupiłam na stronie decobazaar – w dziale vintage można czasem wyłowić ciekawe ubrania i dodatki. Z racji tego, że na co dzień wybieram buty na płaskim obcasie z wielką przyjemnością na ten wieczór założyłam kolejną rzecz firmowaną wielkim nazwiskiem ze świata mody. Czarne lakierowane pantofle na wysokim obcasie, które wyszły spod ręki Giafranco Ferre także znalazłam w niezawodnym Retro Clubie. Choć cena wyjściowa była spora warto było poczekać na przecenę – buty zwróciły uwagę swoim nietypowym wyglądem J
Kocham modę, ale jeszcze bardziej podoba mi się dobieranie detali do konkretnego zestawu.
Jest taka jedna rzecz bez której nie wychodzę z domu - puderniczka vintage. Tu na zdjęciu piękny Stratton z lat 60

Do czarnych lakierowanych butów dobrałam mały lakierowany kuferek z lat 40. Ta piękna torebka to jak większość rzeczy w mojej szafie zakup ze wspomnianego już Retro Clubu.  W klapę marynarkę postanowiłam wpiąć broszkę w kształcie świątecznych dzwonków marki Ciro. Poza dwoma pierścionkami stanowiła całość biżuterii.

Drugi zestaw stworzyłam na potrzeby Wigilii spędzonej we własnym domu w towarzystwie męża i gadającego kota.  Jako żywo to pierwsza Wigilia spędzona na miejscu dlatego postanowiłam spędzić ją elegancko i inaczej niż zwykle.
Wybór padł na znane już czarne wełniane spodnie Escada i granatową bluzkę wyszywaną metalizowaną nicią w egzotycznym stylu. Całość pochodzi z Retro Clubu a wieńczy ją bransoleta cloisonne w kolorach zbliżonych do tych na bluzce.


Dzisiejszy wpis chcę zakończyć stwierdzeniem, że warto czasem przełamać się i pogmerać w sklepach z odzieżą vintage. Większość z nich zawiera rzeczy unikalne, które chętnie widziałoby się we własnej szafie J  Kosztują mniej niż dzisiejsze ubrania a jakość i styl jest nie do przecenienia. Jeszcze nie jeden raz udowodnię, że jesteśmy tego warte J

niedziela, 29 listopada 2015

Pewnego razu na dzikim Ursynowie

Od czasu do czasu czuję jak budzi się we mnie dziecięca chęć do zabawy. To o tyle dziwne uczucie, że kiedy byłam dzieckiem to taka „kreatywna” w tworzeniu nie byłam :D
Ta kreatywność wychodzi na światło dzienne głównie wtedy, gdy zbliża się jakiś ważny dzień dla mnie, mego męża lub dla nas obojga. Ba! Pod możliwość balowania podciągamy wszystko co jest warte uświetnienia uroczystą kolacją np. urodziny kota (niebawem) lub okrągłe 200000 km na liczniku naszej Silver Arrow. To są pierwsze objawy tego, że chwilami oboje czujemy się jak wyrośnięte dzieciaki. Drugim etapem jest przygotowywanie danego  wieczoru w stylu jaki planowaliśmy od A do Zet. Za strefę duchową odpowiada mąż a za oprawę nie kto inny jak ja J
Jeśli zastanawiacie się co takiego strzeliło nam do głowy ostatnimi czasy to już spieszę z odpowiedzią. Z racji tego iż mąż nosi jakże piękne i szlachetne imię Marcin to jak się zapewne domyślacie jego imieniny były okazją do tego by pokazać, iż wciąż jesteśmy dziećmi mimo naszego zacnego wieku wpisanego w metrykę.
Imieniny małżonka dlatego też pomysł w jakim klimacie je obchodzić wyszedł od niego. Szanowny pan Marcin zażyczył sobie kolacji imieninowej w stylu Dzikiego Zachodu znanego nam z westernów J. Nie wierzycie mi? Mąż stwierdził, ze choć raz w życiu chce się poczuć jak szeryf po czym nabył sobie plastykowego colta na kapiszony. Zabawka jak to zabawka wygląda nieco tandetnie, ale zabawa była przednia, gdy z lufy wydobywał się dym (o tym, że i smród to już mniej istotne). Tym samym wymigał się od zrobienia gwiazdy szeryfa o której było się nam zapomniało w ferworze przygotowań. Połechtał moje próżne ego iż mam talent do ozdabiania domu i prac plastycznych po czym wręczył nożyczki tekturę i folię aluminiową. Zupełnie niczym szeryf – chyba już wczuwał się w swoją rolę :D
Bourbon lekiem na całe zło?

Nawet kotu przypadła mała rola w filmowym wieczorze. Otóż mój szanowny małżonek osadził kota w roli poszukiwanego listem gończym za drapanie kanapy (to akurat zgodne z prawdą tzn. to drapanie – cokolwiek byśmy nie robili Futro uważa kanapę za najlepszy pod słońcem drapak;/).  No, ale to tylko żart, choć odnoszę wrażenie, że nasz kot obraziłby się na nas jeśli pozbawilibyśmy go udziału w rodzinnej imprezie.
Pierwsza życiowa rola naszego kota :-)

Skoro jest colt – plastyk, ale grunt, że rekwizyt jest- i gwiazda też się wreszcie wyłoniła z mroków ciemności to mogłam przystąpić do kompletowania odzieży na ów specjalny wieczór. Mąż dostał kapelusz w stylowym czarnym kolorze (wiem, że nie na temat, ale jak ulał pasuje tu piosenka Dżemu „Poznałem go po czarnym kapeluszu”) i koszulę iście kowbojską. Dzinsy i buty z czubami dopełniły całości, choć buty nie do końca są takie „bardzo” kowbojskie. 
Jeśli chodzi o mnie to jakoś mocno nie przepadam za westernami. Bardzo lubię oglądać te niezbyt dosłowne np. „Samuraj i kowboje” z bardzo przystojnym w tamtym czasie Toshiro Mifune. Drugim jest „Rio Bravo” z niezwykle męskim Johnem Waynem oraz Deanem Martinem o pięknym głosie.. No, ale nie o facetach tu chciałam pisać! Mnie spodobała się myśl by tego konkretnego wieczoru upodobnić się na tyle ile mogę do pięknej Consuelo właśnie z filmu Rio Bravo.  
Pomogła mi w tym długa spódnica firmy Buick – ale wątpię by miała cokolwiek wspólnego z pięknymi autami tej samej marki. Długa do ziemi, mocno falbaniasta z patchworkowym wzorem jakby żywcem wyjęta z szafy Consuelo. Na górę pasowała mi tu czerwona bluzka z bufami i wiązaniem przy łódkowym dekolcie, ale niestety znajduje się w mej garderobie. Nie sposób było po nią sięgnąć gdyż owa garderoba znajduje się w mieście oddalonym od Warszawy o jakieś 200km :D Cieszyłam się, że gdzieś w kącie szafy znalazłam kremową z szerokimi rękawami i wiązaną w pasie. To niestety nie to co już miałam w głowie, ale zestawiona ze spódnicą pasowała do wizerunku kobiety z małego miasteczka na Dzikim Zachodzie. 

Włosy to już moje standardowe utrapienie – w zamyśle miała to być niedbała fryzura z luźno związanym kucykiem a wyszło jak zawsze J Consuelo nie miała na sobie zbyt wiele biżuterii zwłaszcza widocznej bo to nie ten styl dlatego i ja tego wieczoru założyłam tylko złoty łańcuszek, cienkie kolczyki i dwa pierścionki.
Mąż jako twórca imieninowej kolacji w stylu BARDZO Dzikiego Zachodu zarządził na nią po steku – wg. niego najlepszy to ten mocno przerośnięty tłuszczem z czym ja także mięsożerca nie do końca się zgadzam J Do tego puree z ziemniaków i pora  - twórca oprawy duchowej na polu kuchennym tak jak ja w modzie uwielbia dbałość o detale dlatego dania były zrobione dokładnie wg. amerykańskich przepisów.
Niezależnie od okazji dobry stek to zawsze dobry pomysł na kolację


Oczywiście skoro na ten wieczór nasz salon zamienił się w saloon to nie obyło się bez Bourbona. Tego jak widzę w kilku westernach popijały także kobiety i muszę przyznać, że smakuje nie gorzej niż wino :D
Podczas kolacji odkryliśmy  dużo ciekawej muzyki filmowej tego gatunku oraz muzyki country.  Zamieniliśmy ją potem na jeden z klasyków westernu czyli „Siedmiu wspaniałych”.  Jeśli myślicie, że wspomniane Futro drzemało gdzieś w kącie to nie znacie naszego kota. Najwidoczniej tak samo jak ręka która go karmi bardzo lubi westerny bo z zaciekawieniem obserwował ekran J
Miło tak na jeden wieczór przenieść się w zupełnie inny klimat i dać się ponieść niepohamowanej dobrej zabawie
Chyba wybiorę się na piknik country :-)

Na koniec mała muzyczna pocztówka – tę melodię zna chyba każdy?
BONANZA!!!