Z przerażeniem odkryłam, ze blog świeci pustką dobrych kilka
miesięcy… Czas na „come back” w letnim stylu J Dzisiaj piątek czyli weekendu początek –
dobry dzień na post z opisem działkowego relaksu.
Kiedy nadchodzi lato i długie, ciepłe dni wtedy wsiadam w
moje vintydżowe auto i oddalam się od Warszawy o jakieś 100km. Kierunek ->
działka rodziców, idealne miejsce by móc się zrelaksować i odpocząć. Hamak pod
czereśnią kusi by się na nim położyć i odpłynąć w cudowny niebyt, widok na
oczko wodne pełne nenufarów koi zmęczony wzrok a 3 rechoczących lokatorów jest
najlepszą rozrywką jaka tylko może być.
Dalszy opis jest zbędny – niech zdjęcia oddadzą klimat i
atmosferę tego miejsca J
Kermit :-)
Kermit to ty? :-) Pytanie nie jest bezsensowne ponieważ oczko ma trzech żabich lokatorów
Hamak - ulubione miejsce do spania i rozmyślań o niebieskich migdałach (czy ktoś się zastanawiał dlaczego niebieskich a nie np czerwonych czy fioletowych?)
Zawsze chciałam być dziewczyną
gangstera – pomyślałam zgięta wpół nad wanną kończąc czynność wybitnie nudną i
monotonną – pranie ręczne. Pytanie tylko czy naprawdę i
czy ZAWSZE
chciałam być dziewczyną gangstera? Nie, nie sądzę by taka rola kiedykolwiek mnie
pociągała. Za to zawsze kiedy ciekawy film przenosi mnie w epokę sprzed lat
lubię się zastanowić jakby to było
gdybym żyła w tym samym czasie i miejscu.
Kiedy wraz z mężem jakiś czas
temu oglądaliśmy film „Chłopcy z ferajny” nagle w naszych głowach pojawiła się
z głośnym brzdękiem złota myśl zupełnie jak w kreskówkach. Oboje doszliśmy do wniosku, że chcemy
przenieść klimat tych czasów w swoje 4 ściany.
Okazją, która pomogła wcielić
pomysł w życie były urodziny mej brzydszej połówki. Żeby nie skończyło się na tak zwanej lepszej kolacji
zmieniliśmy nasz salon w wielkiej płycie
w ekskluzywny klub rodem z lat 70-tych, a okrągły stół po prababci w stolik,
przy którym spędzali długie noce „Chłopcy z ferajny” w towarzystwie efektownych dziewczyn, w dymie cygar, oparach whisky oraz blasku
przyćmionego światła odbijającego się w wiaderku z szampanem. Klimatu dopełniła ścieżka dźwiękowa z filmów
„Chłopcy z ferajny” oraz „Ojciec chrzestny”.
Mając na uwadze, że chcemy poczuć
klimat gangsterski to dżinsy odpadły w przedbiegach. Mąż założył białą koszulę
i spodnie w kant w prążki, a do tego czarne szelki i wzorzysty krawat.
Prezentował się fantastycznie zwłaszcza kiedy zapalił cygaro J
Mnie przypadłą rola „dziewczyny gangstera”,
choć teraz po fakcie doszłam do wniosku, że za mało zaszalałam z dodatkami.
Odkryłam jednak wielki potencjał i urodę „małej czarnej” z lat 60 pokazującej,
że kiedy nie ma dekoltu na wierzchu i odkrytych ramion też można wyglądać
kobieco.
Do sukienki postanowiłam założyć wielka złotą broszkę w kształcie
kilku sznurów połączonych ze sobą, złotą bransoletę, wielkie spiralne kolczyki
i okazały pierścionek z oczkiem „a la diament” J
Do tej roli najbardziej pasował pierścionek od Sarah Coventry.
Buty jakie
widzicie to ciekawostka w moich obuwniczych zbiorach. To złote klapki marki
Terry de Havilland kupione niegdyś w Retro Clubie.
Dopełniały całości stroju na wieczór i idealnie wpasowały
się styl „a la król Midas” czyli im więcej złota i połysku tym lepiej. Zabrakło
wymyślnej fryzury a’la kapusta i mocnego makijażu, ale post piszę JA czyli ktoś
kto sobie samej potrafi świetnie umalować jedynie usta i związać włosy w nieskomplikowany
kucyk… Obiecuję sobie już od dłuższego czasu, ze wreszcie skrócę włosy i może
ten radykalny krok ułatwi mi życie choćby w tym małym zakresie
Kiedy skończyliśmy jeść delikatne
foiegras i wyborne steki, nadszedł czas na deser. Nie jestem osobą palącą, ale
kolorowe papierosy Sobranie widoczne na zdjęciu skusiły mnie na tyle skutecznie
by tego wieczoru dać się ponieść z prądem :D
Pokój w jakimś momencie wypełnił
dym papierosów i cygara (o zapachu już nic nie mówię) i to był ten czas kiedy
oboje doszliśmy do wniosku, że jeszcze
za wcześnie na oddanie się w objęcia Morfeusza.
Wieczór zakończył film i byli
to oczywiście „Chłopcy z ferajny” J
Jest taki dzień w roku, gdzie dominuje motyw serca i kolor
soczyście czerwony. Są prezenty i wyznania miłości… Walentynki czyli dzień,
który jedni tępią i nienawidzą bo to „wymysł Zachodu” a inni traktują jako
okazję do spędzenia miłego dnia z ukochaną osobą. Nie jestem jakąś zagorzałą fanką Walentynek,
ale uczyniłam z nich okazję do miłego spędzenia wieczoru z mężem.
Nie wiedzieć czemu mnie ten dzień nie skojarzył się z
czerwienią a koralowym różem. Nie pytajcie dlaczego bo sama nie znam odpowiedzi
– po prostu róż i już J
Pod ten kolor wymyśliłam menu po czym płynnie przeszłam do obmyślania stroju,
który miał odbiegać od tego co noszę na co dzień. Chcąc uniknąć nieporozumień i
nieścisłości to wyjaśnię, że w oknach nie pojawiły się różowe zasłony. Nie nakryłam
także stołu wściekle różowym obrusem. Kolor ten pojawił się wyłącznie w menu
oraz na mnie samej o czym za chwilę powiedzą zdjęcia. Przygotowania do kolacji
rozpoczęłam jednak od nakrycia stołu.
Obrus fioletowy, porcelana z Ćmielowa,
kolorowe kryształowe kieliszki i stylowe, szklane świeczniki. Właśnie to czego
do tej pory brakowało mi w naszych domowych kolacjach to blask świec osadzonych
na świecznikach. Te jakie widać na zdjęciach pochodzą ze sklepu AtelierBrocante, który jest rajem dla każdego miłośnika wnętrz vintage. Mnie zawsze
kusi piękna porcelana do kawy, kolorowe szkło i sprzęty o jakich teraz można
tylko poczytać w książkach. Skoro stół
nakryty to następnym etapem było przygotowanie samej siebie J
Sukienka jaką widzicie
pochodzi z lat 60, jest projektem firmy KAIMINA a zakupiona została w moim
ulubionym Retro Clubie. To dzianina w kolorze koralowego różu, która ma fason
szmizjerki zapinanej na rząd celuloidowych czerwonych guzików spiętej paskiem z
klamrą z tego samego tworzywa.
Usiłowałam odszukać tę firmę w internecie, ale
bezskutecznie – gdyby ktokolwiek z Was czytelników wiedział gdzie mogę odszukać
takie informacje będę wdzięczna za wiadomość. Do sukienki, która ma zabudowaną
szyję dobrałam kolorową apaszkę marki Kenzo z mięsistego jedwabiu z motywem
kwiatów.
Bawiąc się tonacją koralowo – kremową na ręku mam trzy bransolety z
tworzywa przy czym czerwona zasługuje na uwagę ze względu na rzeźbienia.
Pomijam milczeniem kwestię fryzury bo włosy to mój odwieczny
dylemat. Najchętniej po prostu bym je ścięła i problem zniknąłby tak samo
szybko jak się pojawił J
Niemniej wczoraj uznałam, ze takie proste włosy nie spięte w żaden kok to
najlepsza opcja do tej sukienki.
Skoro opisałam już stół oraz ubranie to przejdę do
najważniejszej części wieczoru czyli menu. Samo wymyślenie potraw to nic,
potrzeba potem pomysły wcielić w życie by nadać im realny kształt. Zadania tego
podjął się mój mąż dzięki czemu była to prawdziwa uczta nie tylko dla
podniebienia, ale i dla oczu J
Na początek krewetki w sosie pomidorowym z podsmażonym na patelni czosnkiem.
Za
krewetki mogę dać się pokroić do tego stopnia je uwielbiam. Na danie główne
trzymając się tej samej tonacji kolorystycznej był łosoś na kremie z zielonego
groszku z pieczonymi ziemniaczkami.
Do tych potraw nie mogło zabraknąć różowego
wytrawnego wina z Prowansji pitego w kieliszkach przeznaczonych na inny typ
wina, ale to drobiazg :D
I skoro taka uroczysta kolacja to nie mogło zabraknąć
deseru. Wymyśliłam coś co lubi chyba niemal każda kobieta czyli tiramisu.
Mąż
podał je w wielkich kieliszkach do czerwonego wina a ja po namyśle przyznałam,
że to jest lepsze ich wykorzystanie niż to pierwotne J Kolację zakończyliśmy przed ekranem tv oglądając jeden z najbardziej
znanych filmów vintage jakimoże być. Znane, ale bardzo przez nas lubiane
„Śniadanie u Tiffany’go” zakończyło z nami ten przyjemny i nastrojowy wieczór. Oczywiście mogłam spróbować wystylizować się
na wampa w małej czarnej, na wysokich obcasach i z krwistą czerwienią
połyskującą na ustach i paznokciach. Mogłam i być może kiedyś zobaczycie mnie w
takim właśnie wydaniu. Dzisiejszy dzień
potraktowałam jednak jako zabawę kolorem i próbą ustawienia kolacji we
wszelkich odmianach różu. To także moja chęć pokazania stylizacji na lata 60 –
stąd apaszka i szeroka bransoleta do sukienki z tych właśnie lat.
Kochani życzę Wam miłości przez cały rok, a nawet dłużej a
na zwieńczenie tego fantastycznego dnia zostawiam muzyczną pocztówkę. To jedna
z moich ulubionych piosenek, ale idealnie pasująca na ten dzisiejszy wyjątkowy
wieczór z ukochaną osobą. Szanowni Państwo oto Bobby Vinton i jego piosenka
„Roses are red”
Święta Święta i po Świętach J W tym roku wyjątkowe bo nie dość, że ciepłe
to na dodatek bez grama śniegu. Właśnie ta pogoda sprawiła, że kiedy tylko
usłyszałam w radiu pewną piosenkę o spadającym śniegu który nas zasypie prawie
przewróciłam się ze śmiechu J
Mnie nie zasypało nic z wyjątkiem świątecznej gorączki i mnóstwa weny jeśli chodzi
o pomysły na świąteczną oprawę wigilijnej kolacji.
Dzisiaj właśnie chcę pokazać kilka pomysłów jak ubrać się na
kolację do eleganckiej restauracji jak i na świąteczny wieczór spędzany we
własnym domu. Ponieważ blog powstał z pasji do vintage udowodnię niedowiarkom,
że sklepy z taką odzieżą to prawdziwa kopalnia ciekawych ubrań za małe
pieniądze. Miłośnicy tego stylu wiedzą, ze nie jest trudno w naszych sklepach o
ubranie z tzw. metką – już wcześniej przez kogoś wyszukane i to na ogół w
świetnym stanie. Moje zestawy to takie połączenie starego z nowym, markowego z
rzeczami no name i wielka radość z dodawania rzeczy bardzo vintage do
współczesnych ubrań.
Na pierwszy ogień wstawiam zdjęcia zestawu jaki wybrałam na
zaproszenie szefa męża do eleganckiej restauracji. Nie znając współbiesiadników
postawiłam na klasykę, która jak stara prawda głosi sama się obroni. Na dobrą sprawę ów wieczór to była prawdziwa
reklama domu mody Escada – szkoda, ze ów dom nic o niej nie wiedział :D
Ponieważ zima póki co łaskawie nas traktuje mogłam założyć
piękny beżowy płaszcz od mojej Mamy. Idąc w nim czułam na sobie spojrzenia i co
mi się nie często zdarza przyznałam rację wszelkim redaktorkom mody i „znawczyniom”
tego tematu, że taki płaszcz każda z nas powinna mieć w szafie. Redaktorki
rozpisują się nad rzeczami nowymi w zawrotnych cenach (znaleźć tani ładny
płaszcz na lata dziś nie jest tak łatwo). A ja powiem, że warto obejrzeć szafę
własnej rodzicielki, teściowej czy ciotki – założę się, że w szafie nie jednej
z nich można znaleźć podobne cuda.
Aby nie było zbyt nudno i jednostajnie szyję okręciłam
jedwabnym szalem w kolorową kratę wyszukanym w sklepie Retro Club.
Po zdjęciu owego płaszcza ukazał się zestaw prosty acz jak
myślę elegancki.
Do czarnych wełnianych spodni wspomnianej już Escady dobrałam
czerwoną bluzkę no name. Na wierzch założyłam piękny kaszmirowy żakiet marki
Escada-Ermenegildo Zegna. Prawdziwa
perełka: logowana podszewka i guziki oraz cudowna miękkość kaszmiru. Zarówno
bluzka jak i wspomniany żakiet zakupiłam na stronie decobazaar – w dziale
vintage można czasem wyłowić ciekawe ubrania i dodatki. Z racji tego, że na co dzień
wybieram buty na płaskim obcasie z wielką przyjemnością na ten wieczór
założyłam kolejną rzecz firmowaną wielkim nazwiskiem ze świata mody. Czarne lakierowane
pantofle na wysokim obcasie, które wyszły spod ręki Giafranco Ferre także
znalazłam w niezawodnym Retro Clubie. Choć cena wyjściowa była spora warto było
poczekać na przecenę – buty zwróciły uwagę swoim nietypowym wyglądem J
Kocham modę, ale jeszcze bardziej podoba mi się dobieranie
detali do konkretnego zestawu.
Jest taka jedna rzecz bez której nie wychodzę z domu - puderniczka vintage. Tu na zdjęciu piękny Stratton z lat 60
Do czarnych lakierowanych butów dobrałam mały
lakierowany kuferek z lat 40. Ta piękna torebka to jak większość rzeczy w mojej
szafie zakup ze wspomnianego już Retro Clubu.
W klapę marynarkę postanowiłam wpiąć broszkę w kształcie świątecznych
dzwonków marki Ciro. Poza dwoma pierścionkami stanowiła całość biżuterii.
Drugi zestaw stworzyłam na potrzeby Wigilii spędzonej we
własnym domu w towarzystwie męża i gadającego kota. Jako żywo to pierwsza Wigilia spędzona na
miejscu dlatego postanowiłam spędzić ją elegancko i inaczej niż zwykle.
Wybór padł na znane już czarne wełniane spodnie Escada i granatową
bluzkę wyszywaną metalizowaną nicią w egzotycznym stylu. Całość pochodzi z
Retro Clubu a wieńczy ją bransoleta cloisonne w kolorach zbliżonych do tych na
bluzce.
Dzisiejszy wpis chcę zakończyć stwierdzeniem, że warto
czasem przełamać się i pogmerać w sklepach z odzieżą vintage. Większość z nich
zawiera rzeczy unikalne, które chętnie widziałoby się we własnej szafie J Kosztują mniej niż dzisiejsze ubrania a
jakość i styl jest nie do przecenienia. Jeszcze nie jeden raz udowodnię, że
jesteśmy tego warte J
Od czasu do czasu czuję jak budzi się we mnie dziecięca chęć
do zabawy. To o tyle dziwne uczucie, że kiedy byłam dzieckiem to taka
„kreatywna” w tworzeniu nie byłam :D
Ta kreatywność wychodzi na światło dzienne głównie wtedy,
gdy zbliża się jakiś ważny dzień dla mnie, mego męża lub dla nas obojga. Ba!
Pod możliwość balowania podciągamy wszystko co jest warte uświetnienia
uroczystą kolacją np. urodziny kota (niebawem) lub okrągłe 200000 km na
liczniku naszej Silver Arrow. To są pierwsze objawy tego, że chwilami oboje
czujemy się jak wyrośnięte dzieciaki. Drugim etapem jest przygotowywanie
danego wieczoru w stylu jaki
planowaliśmy od A do Zet. Za strefę duchową odpowiada mąż a za oprawę nie kto
inny jak ja J
Jeśli zastanawiacie się co takiego strzeliło nam do głowy
ostatnimi czasy to już spieszę z odpowiedzią. Z racji tego iż mąż nosi jakże
piękne i szlachetne imię Marcin to jak się zapewne domyślacie jego imieniny
były okazją do tego by pokazać, iż wciąż jesteśmy dziećmi mimo naszego zacnego
wieku wpisanego w metrykę.
Imieniny małżonka dlatego też pomysł w jakim klimacie je
obchodzić wyszedł od niego. Szanowny pan Marcin zażyczył sobie kolacji
imieninowej w stylu Dzikiego Zachodu znanego nam z westernów J. Nie wierzycie mi? Mąż
stwierdził, ze choć raz w życiu chce się poczuć jak szeryf po czym nabył sobie
plastykowego colta na kapiszony. Zabawka jak to zabawka wygląda nieco
tandetnie, ale zabawa była przednia, gdy z lufy wydobywał się dym (o tym, że i
smród to już mniej istotne). Tym samym wymigał się od zrobienia gwiazdy szeryfa
o której było się nam zapomniało w ferworze przygotowań. Połechtał moje próżne
ego iż mam talent do ozdabiania domu i prac plastycznych po czym wręczył nożyczki
tekturę i folię aluminiową. Zupełnie niczym szeryf – chyba już wczuwał się w
swoją rolę :D
Bourbon lekiem na całe zło?
Nawet kotu przypadła mała rola w filmowym wieczorze. Otóż
mój szanowny małżonek osadził kota w roli poszukiwanego listem gończym za
drapanie kanapy (to akurat zgodne z prawdą tzn. to drapanie – cokolwiek byśmy
nie robili Futro uważa kanapę za najlepszy pod słońcem drapak;/). No, ale to tylko żart, choć odnoszę wrażenie,
że nasz kot obraziłby się na nas jeśli pozbawilibyśmy go udziału w rodzinnej
imprezie.
Pierwsza życiowa rola naszego kota :-)
Skoro jest colt – plastyk, ale grunt, że rekwizyt jest- i
gwiazda też się wreszcie wyłoniła z mroków ciemności to mogłam przystąpić do
kompletowania odzieży na ów specjalny wieczór. Mąż dostał kapelusz w stylowym
czarnym kolorze (wiem, że nie na temat, ale jak ulał pasuje tu piosenka Dżemu
„Poznałem go po czarnym kapeluszu”) i koszulę iście kowbojską. Dzinsy i buty z
czubami dopełniły całości, choć buty nie do końca są takie „bardzo”
kowbojskie.
Jeśli chodzi o mnie to jakoś mocno nie przepadam za
westernami. Bardzo lubię oglądać te niezbyt dosłowne np. „Samuraj i kowboje” z
bardzo przystojnym w tamtym czasie Toshiro Mifune. Drugim jest „Rio Bravo” z
niezwykle męskim Johnem Waynem oraz Deanem Martinem o pięknym głosie.. No, ale
nie o facetach tu chciałam pisać! Mnie spodobała się myśl by tego konkretnego
wieczoru upodobnić się na tyle ile mogę do pięknej Consuelo właśnie z filmu Rio
Bravo.
Pomogła mi w tym długa spódnica
firmy Buick – ale wątpię by miała cokolwiek wspólnego z pięknymi autami tej
samej marki. Długa do ziemi, mocno falbaniasta z patchworkowym wzorem jakby żywcem
wyjęta z szafy Consuelo. Na górę pasowała mi tu czerwona bluzka z bufami i
wiązaniem przy łódkowym dekolcie, ale niestety znajduje się w mej garderobie.
Nie sposób było po nią sięgnąć gdyż owa garderoba znajduje się w mieście
oddalonym od Warszawy o jakieś 200km :D Cieszyłam się, że gdzieś w kącie szafy
znalazłam kremową z szerokimi rękawami i wiązaną w pasie. To niestety nie to co
już miałam w głowie, ale zestawiona ze spódnicą pasowała do wizerunku kobiety z
małego miasteczka na Dzikim Zachodzie.
Włosy to już moje standardowe utrapienie
– w zamyśle miała to być niedbała fryzura z luźno związanym kucykiem a wyszło
jak zawsze J
Consuelo nie miała na sobie zbyt wiele biżuterii zwłaszcza widocznej bo to nie
ten styl dlatego i ja tego wieczoru założyłam tylko złoty łańcuszek, cienkie
kolczyki i dwa pierścionki.
Mąż jako twórca imieninowej kolacji w stylu BARDZO Dzikiego
Zachodu zarządził na nią po steku – wg. niego najlepszy to ten mocno przerośnięty
tłuszczem z czym ja także mięsożerca nie do końca się zgadzam J Do tego puree z
ziemniaków i pora - twórca oprawy
duchowej na polu kuchennym tak jak ja w modzie uwielbia dbałość o detale
dlatego dania były zrobione dokładnie wg. amerykańskich przepisów.
Niezależnie od okazji dobry stek to zawsze dobry pomysł na kolację
Oczywiście skoro na ten wieczór nasz salon zamienił się w
saloon to nie obyło się bez Bourbona. Tego jak widzę w kilku westernach
popijały także kobiety i muszę przyznać, że smakuje nie gorzej niż wino :D
Podczas kolacji odkryliśmy
dużo ciekawej muzyki filmowej tego gatunku oraz muzyki country. Zamieniliśmy ją potem na jeden z klasyków
westernu czyli „Siedmiu wspaniałych”.
Jeśli myślicie, że wspomniane Futro drzemało gdzieś w kącie to nie
znacie naszego kota. Najwidoczniej tak samo jak ręka która go karmi bardzo lubi
westerny bo z zaciekawieniem obserwował ekran J
Miło tak na jeden wieczór przenieść się w zupełnie inny
klimat i dać się ponieść niepohamowanej dobrej zabawie
Chyba wybiorę się na piknik country :-)
Na koniec mała muzyczna pocztówka – tę melodię zna chyba
każdy?
W taki szary i posępny dzień nic nie działa tak dobrze jak
filiżanka pobudzającej do działania kawy, tabliczka czekolady i coś ciekawego
do czytania J
Czekoladę jadam naprawdę rzadko właściwie od wielkiego
dzwonu, ale czuję, że ów dzwon dzisiaj wybił. Nie ma to jak dobra wymówka no
nie? Czekolada działa zaskakująco dobrze w towarzystwie ciekawej lektury i ma
wtedy tajemniczą moc szybkiego znikania… Dostrzegliście to dziwne zjawisko u
siebie??
Jakby nie patrzeć to kawa świeżo zaparzona paruje w
filiżance a obok puszcza do mnie oko czekolada o wdzięcznym smaku
Stracciatella. Jako lekturę wybrałam mój niedawny zakup z pewnego internetowego
sklepu oferującego między innymi duży wybór wszelakiego vintage. Ów sklep
nazywa się Atelier Brocante i to właśnie tu znalazłam moje zdobycze. Jeśli
myślicie, że mam przed sobą książkę to jesteście w błędzie J Owszem bardzo lubię
czytać książki a do biblioteki mogę chodzić w kapciach bo mieści się w tym
samym bloku. Dziś jednak mam w ręku coś co jest nie lada gratką dla każdej
miłośniczki vintage… Nie podsycając dłużej atmosfery wyjaśnię, że są to 3 stare
gazety a najbardziej „wiekowa” pochodzi z roku 1930.
Jak widać na załączonym zdjęciu gazety są trzy i są ciekawym
przekrojem mody (damskiej męskiej i dziecięcej) od lat 30, przez 40 a na 50ych
kończąc.
Trudno wybrać tę
najciekawszą bo z racji tego, że tamte czasy są mi nieznane interesujące jest w
nich wszystko. Gazeta z roku 1930 mimo upływu czasu zachwyca stanem zachowania
– okładka i wszystkie strony na miejscu a także kolorowe obrazki i napisy. W środku znajdziemy modę damską, męską i
dziecięcą a także tekstylia do domu (obrusy, serwety i pościel)
Mała reklama biustonoszy z roku 1930
Prasa z lat 40 to w zasadzie niemiecki journal z modą
damską. Niestety nie ma okładki i trudno podać tu dokładny rok wydania, ale po
obejrzeniu strojów są to niewątpliwie lata 40.
Mnóstwo pięknych sukienek dziennych i wieczorowych na specjalne okazje –
oceńcie same. Nie jedną z nich widziałabym u siebie w szafie bo dzisiaj się
takich nie spotyka..
To tylko jedna z kilku stron poświęconych sukienkom wizytowym
Stroje wieczorowe - trudno wybrać tę najładniejszą prawda?
Co powiecie na takie sportowe zimowe stroje? Spójrzcie jak zgrane są kolorystycznie z pozostałymi częściami garderoby
miły i niespodziewany dodatek znalazłam w niej stronę z innego numeru tej samej gazety z płaszczami i bielizną damską J
Ostatnia gazeta to nasz polski Świat Mody z roku 1959 na
sezon zimowy. Tu także mamy przekrój
mody dla pań w tym dodatek o fryzurach i kapeluszach, coś dla panów i dzieci a
jako ciekawostka dodatek o strojach sportowych idealnych na stok górski J
Zimowe ubrania na górski stok; lata 50 a lata 40 :-)
Zaciekawiona prasą odszukałam wśród moich książek jeszcze
jedną ciekawostkę. Znaleziona w kieleckim antykwariacie „Der Goldene Schnitt” z
roku 1941 jest ciekawym przedłużeniem tego co zobaczyłam w gazecie z lat 4o.
Jest to coś na kształt journala z przekrojem mody damskiej męskiej i dziecięcej
a na samym końcu znajduje się masa wykrojów.
Tu ciekawostką jest strój na plażę który postanowiłam
sfotografować. Nie ma wprawdzie teraz pogody na plażę i strój mocno lekki, ale
jest to niewątpliwie ciekawa rzecz J
Upss.. Nie mam już kawy i czekolada też się skończyła?
Widzieliście ją? Zniknęła nie wiem kiedy i jak…
Skoro opisałam początek urlopu to teraz czas na wpis będący
opisem jego końca. Smutno to zabrzmiało, ale chyba nadal nie umiem oprzeć się
wrażeniu, że Węgry przyciągają mnie do siebie i kuszą J Pobyt w Egerze zaczął się od małej wizyty w
supermarkecie po której mieliśmy małe spotkanie z kolejnym oryginalnym
mieszkańcem tej części Europy. Na naszej Silver Arrow a dokładniej na wlewie do
baku paliwa siedziała i opalała się w promieniach słońca piękna modliszka.
Nie ma to jak rozgrzana blacha auta - idealne miejsce do opalania się :-)
Ona
też dzielnie znosiła pstrykanie – bo jak można sobie odmówić fotki z modliszką?
J po czym musiała się
szybko ulotnić kiedy auto zaczęło lawirować po parkingu. Kiedy tylko
zaaklimatyzowaliśmy się w naszym pensjonacie raźnym krokiem ruszyliśmy na Starówkę.
Nie obyło się bez pierwszych „pamiątkowych” zakupów. Ciekawi Was skąd
cudzysłów? Owym pierwszym zakupem okazał się czosnek, który tam jest duży i
bardzo aromatyczny a bez którego nie
umiem sobie wyobrazić smakowitych dań wychodzących spod mistrzowskiej ręki mej
brzydszej połówki J
Ponieważ połowa września okazała się na Węgrzech porą upalną
i słoneczną postanowiłam iż spacer uliczkami Egeru pokonam w stylizacji a la
lata 50. To jedna z moich ulubionych dekad, która udowodniła mi, ze rozkloszowane
sukienki i spódnice to rzeczy obowiązkowe w mojej szafie.
Zapraszał to usiadłam :-)
W widocznym na zdjęciu beżowo niebieskim zestawie na
plan pierwszy wysuwa się spódnica. To oryginał z lat 50 w piękny motyw kratki i
niebieskich róż. Jest to jedna z kilku spódnic z tych lat zakupiona w moim
ulubionym butiku Retro Club. Dodałam do niej bluzkę z cienkiej tkaniny oraz
naszyjnik z mojego ulubionego tworzywa lucite w pasujących kolorach. Właśnie za
takie dodatki bardzo lubię ów sklepJ
Do długiego chodzenia po mieście najlepsze jest wygodne obuwie – pod ręką
miałam tenisówki w kolorze rozbielonej kawy (kolor pasujący do wszystkiego i
nie tak podatny na zabrudzenia jak biel). Tanie i wygodne zakupione w Tesco
sprawiły, że bacznie przyglądam się ubraniom i dodatkom firmy F&F.
Najciekawszym punktem wakacyjnej garderoby okazała się
sukienka, którą postanowiłam założyć na kolację będącą ostatnią podczas tej
wyprawy. Nie od dziś podoba mi się ogromnie styl tiki czyli ubrania i dodatki
inspirowane Hawajami.
źródło: Pinterest
Egzotyczne kwiaty, bajeczne kolory, ciekawe kroje
sukienek czy też interesujące dodatki to główne powody dla których tak bardzo
lubię ten właśnie styl. Tam na miejscu okazało się, że pomysł był świetny: do
panującego upału jaki nie odpuszczał nawet wieczorem sukienka z motywem
hibiskusa i liści palmowych pozwoliła przenieść się w tropikalny klimat.
Sukienka marki Limb (współczesna), kuferek z vinylu z lat 50 w bordowym kolorze oraz szklany naszyjnik z lat 50 - butik Retro Club
Dobrałam do niej szpilki typu peep toe z czerwonego zamszu marki Ravel
zakupione w jednej z grup sprzedażowych powstałych na Facebooku.
„Oszałamiająca” cena 40zł sprawiła, że szybko znalazły się w mej szafie.
Ponieważ wybrana przeze mnie sukienka ma ołówkowy fason i wzorzysty materiał
zrezygnowałam z wyrazistych kolczyków na rzecz małych sztyftów z „najlepszymi
przyjaciółmi kobiety” jak lubiła mawiać moja ulubiona Marylin Monroe. Do
dekoltu zaś idealnie pasuje szklany naszyjnik rodem z lat 50 wyglądem wpisujący
się w styl tiki.
Szklany naszyjnik murano w super stanie z lat 50 oraz "najlepsi przyjaciele kobiety" jak mawiała MM
Tego wieczoru czułam się jak milion dolarów i życzę by takie
uczucie towarzyszyło na co dzień każdej z nas miłe Panie J
Eger by night - wieczorem ukazuje swe drugie ciekawe oblicze